W niedzielny wieczór stary Bask siedzący na ławeczce przed swoim
domem w Bilbao i słuchający przenośnego radia uśmiechnął się. Jego
klub pokonał Atletico Madryt i zabezpieczył swoją pozycję w części
tabeli gwarantującej grę w europejskich pucharach. Mimo
przejmującego chłodu, nasz bohater był szczęśliwy, jego wyobraźnia
podpowiadała mu same pozytywne scenariusze. Fernando Llorente,
największa chluba miasta od czasów Joseby Etxeberrii, to przecież
piłkarz, którego talent ustawia go w jednym szeregu z asami
czołowych drużyn świata, to gracz lepszy od Torresa, to pewniak,
którego miejsce w składzie "La Seleccion" jest niepodważalne. O
Javim Martinezie chodzą plotki, że już niedługo może posadzić na
ławce Sergio Busquetsa, by wraz z Xabim Alonso tworzyć szalone
połączenie kreatywności i siły defensywnej. A przecież jest jeszcze
ten dzieciak Aurtenetxe, ledwo pełnoletni, a już na tyle dobry, że
wygrał walkę z Koikilim i Ustaritzem. Capdevila się starzeje, siły
uciekają, Jon go na pewno niedługo zastąpi. San Jose jest niewiele
starszy, a potrafi być liderem defensywy. Muniain, ten złoty
dzieciak, ostatecznie osiągnął poziom wybijający go ponad ligową
mizerię i pewnie za rok, może dwa Del Bosque zwróci ku niemu swą
wąsatą facjatę. Przez głowę Baska przelatywały inne nazwiska:
Susaeta, Lopez, Iraola, Amorabieta... Przyszłość jest kolorowa i
należy do Bilbao.
Takich starych Basków są tysiące. Kadra Bilbao, złożona w
przeważającej większości z miejscowych chłopaków, którzy dorastali
piłkarsko i kształtowali swe charaktery w Lezamie, to grupa
idealna. Perfekcyjnie wyważona, w której odnajdują się zarówno
młode talenty, jak i starzy ligowi wyjadacze, dająca pole i do
samodzielnego rozwoju, i do nauki od innych. To wszystko, w
połączeniu z szaloną czasami polityką autonomiczną prezydenta
Garcii Macui i zaufaniem, jakim darzą wszyscy trenera Caparrosa,
może niedługo sprawić, że o Athletiku przestanie się myśleć w
kategoriach miejsca, gdzie tanio można nabyć drogą kupna solidnego
kopacza, a zacznie jak o przeciwniku, który przyjeżdża po komplet
punktów.
O ile jeszcze niedawno mówiło się, że krzesło, na którym lubi
przesiadywać Quique Flores, jest o krok od samozapłonu, to teraz,
po klęsce z Bilbao na Vicente Calderon, krzesło płonie ogniem,
jakiego nie powstydziłby się rozwścieczony smok, który zjadł
zdecydowanie za dużo papryczek chili. Poza nim, płoną również
biurko, ściany i podłoga, ale trener udaje, że wszystko jest ok, a
wzrost temperatury spowodowany jest sprawnie działającym systemem
grzewczym.
W Atletico źle się dzieje. Wychodząc naprzeciw prośbom działaczy z
Vicente Calderon, prezentuję listę rzeczy, które dzieją się
źle.
1. Gil Marin - Dyrektor sportowy Atletico Madryt rozgrywa jakąś
dziwną grę, której zasad nie rozumie nikt, chyba nawet on sam.
Polega ona na nakręcaniu rynku transferowego przez sugestie, że Kun
i Forlan są nieustannie o krok od zmiany klubu. Obaj gwiazdorzy,
słysząc takie słowa z ust tak wielkiej persony, tracą z pewnością
ochotę na grę i myślą o przyszłości. Gil po jakimś czasie dumnie
stwierdza, że bohatersko odrzucił oferty Realu, Chelsea, Juventusu
i Tottenhamu, robiąc przy tym minę, jakby oznajmiał, że został
wybrany na nowego króla Hiszpanii, a pierwszym jego dekretem będzie
inkorporacja Portugalii, Francji i tego dużego kraju za jeszcze
większą wodą.
2. Obrona - Przed sezonem Atletico kupiło Diego Godina i Filipe
Luisa. Nawet najwięksi wrogowie "Los Colchoneros" musieli przyznać,
że z takimi zawodnikami obrona przestanie być problemem madryckiego
klubu. A jak jest w rzeczywistości? Źle. Urugwajczyk przegrał walkę
o pierwszy skład z młodym Dominguezem, Brazylijczyk ze starym
Lopezem. Na szczęście dla obu kopaczy, Quique lubi rotować. Na
przykład w ostatnim meczu ligowym od pierwszych minut zagrali obaj
dżentelmeni. Godin trzymał swój dramatycznie niski poziom, Filipe
zagrał dobrze (po raz bodaj trzeci w tym sezonie)
3. Forlan - po dobrym afrykańskim mundialu Urugwajczyk doszedł do
wniosku, że jest futbolowym bogiem, który, nawet znajdując się
pomiędzy śmiertelnikami, unosi się kilka milimetrów nad ziemią
dzięki sile swej niezwykłości. Jego gra jest cieniem wakacyjnego
geniuszu, wróciła zeszłosezonowa umiejętność pudłowania z każdej,
nawet najdogodniejszej pozycji.
4. Brak rozegrania - W klubie tej klasy, mającym tak wielkie
aspiracje, za rozprowadzanie piłki nie mogą odpowiadać skrzydłowy
(Reyes), defensywny pomocnik (Tiago) albo napastnik (Aguero).
Transfer Eliasa Mendesa to na razie jedna wielka niewiadoma. Zagrał
w kilku meczach, ale nie pokazał niczego, czego wcześniej nie
widzieliśmy w wykonaniu wymienionej trójki.
5. "Odejdę, gdy tylko będę chciał" zamiast "Zostanę w Atletico do
końca kariery" albo chociaż "Jeśli odejdę, to nie do Realu" - słowa
Kuna.
6. Pseudonim - Naprawdę, poważny klub powinien znaleźć sobie
groźniejszy pseudonim niż "Wytwórcy Materaców". Historia świata nie
zna przypadku, kiedy ludzie zajmujący się wytwarzaniem owych jakże
ważnych dla naszego codziennego zdrowia dóbr byli postrzegani jako
jednostki groźne.
Ciężkie czasy nadeszły dla większości trenerów ukształtowanych w
Realu Madryt. Wspomniany Quique płonie wraz ze swoim gabinetem,
Michel również nie czuje się najlepiej - na stołku szkoleniowca
Getafe trzyma go chyba tylko sława idola Madrytu. Camacho w
Pampelunie, mimo ostatniego wielkiego sukcesu, również długo nie
zabawi. Podobno następca już wybiera sobie biurko i kupuje zasłony.
No i ten nieszczęsny Rafa Benitez, którego historię zna każdy...
Madryt jest ostatnio ze wszech miar pechowy.