|
Odgrzewanie starego
Wśród Prezesów Polskich Klubów Piłkarskich utarł się zwyczaj do zatrudniania piłkarzy,
którzy mają już za sobą kilkuletni pobyt w ekstraklasie, a jak dotąd niczym szczególnym
nie zachwycili, lub też na zawodnikach którzy zmieniają klub co rundę lub częściej. Nikt
nie wie, na czym prezesi opierają swoje oczekiwania dotyczące tych zawodników, ale jakby
na to nie patrzeć nawet bardzo kiepski zawodnik, jest w stanie szybko znaleźć nowego
pracodawcę w tej samej klasie rozgrywkowej.
Aby nie być posądzonym o gołosłowność podeprę się przykładem dwóch klubów
pierwszoligowych, przydzielonych do grupy A. Pierwszym z nich jest Widzew Łódź. W tym
klubie prawie co roku następuje ogromna rotacja kadr. Wszyscy wiedzą, że klub powinien
się wzmacniać (wystarczy popatrzeć na Manchester United, który po kilkuletniej
stabilizacji kadry przestał zdobywać tytuły poza Anglią), kilkoma zawodnikami co roku. A
co zrobili prezesi Widzewa? Wymienili 14 piłkarzy z 20 osobowej kadry zespołu. Gdyby
chociaż pozyskali zawodników którzy są lepsi od swoich poprzedników, to może by coś z
tego wyszło. Ale patrząc na to co wyczyniał w poprzednich sezonach Inter Mediolan,
wymieniając dużą część składu i nie uzyskując żadnych efektów, dopiero jak wymienił tylko
dwóch czy trzech graczy to zaczął grać dobrze (lider serie A), to nie jest dobry pomysł.
W Widzewie zapłacono za wybitnych piłkarzy: spadkowiczów z czwartej ligi niemieckiej
(Ludwikowski, bracia Steszko), ekstraklasy polskiej (Rutka i Wilk), zawodników nie
potrafiących utrzymać się w jednym klubie dłużej niż jedną rundę (Dubicki, Wiechowski),
oraz zasłużonych "grzaczy ławek" (Piekutowski, Jop). Wśród wymienionych zawodników bardzo
ciekawy przykład geniuszu polskich managerów stanowią Arturas i Igor Steszko. W rundzie
jesiennej sezonu 2000/2001 zostali zakupieni z litewskiego klubu by "przywrócić chwałę
łódzkiemu klubowi". Po paru miesiącach okazało się, że są za słabi na grę w podstawowym
składzie i częściej można ich było spotkać na meczach rezerw. I ciekawe kto został przed
tym sezonem zatrudniony przez Widzew by "przywrócić chwałę łódzkiemu klubowi"? Oczywiście
bracia Steszko.
Drugim klubem, który jest dobrym przykładem na prowadzenie polityki łatania składu
piłkarzami którzy już dali się poznać w polskiej ekstraklasie jest GKS Katowice. Na
szczęście dla kibiców tego zespołu piłkarze ci nie są kupowani tak hurtowo jak w Widzewie
Łódź. Do takich piłkarzy należą Sadzawicki i Janus ze Śląska Wrocław, Umukoro z Groclinu
i przebywający na testach Bałuszyński z drugoligowego Włókniarza Kietrz. Dwaj pierwsi
grali, a właściwie czasami grali, w klubie który utrzymanie w lidze zapewnił sobie
dopiero po bezbramkowym remisie z Widzewem (bardzo dziwny był to mecz). Nigeryjczyk grał
w zespole mistrza Nigerii, gdzie nie miał pewnego miejsca w składzie i w ciągu półtora
sezonu strzelił 9 bramek, poczym przeniósł się do Groclinu i tam też niezbyt często
wchodził na boisko. Arkadiusz Bałuszyński dał się poznać strzelając kilka bramek dla Odry
Wodzisław parę sezonów temu, ale nie potrafił się przebić do pierwszego składu i odszedł
do klubu drugoligowego. Odrębny artykuł można napisać na temat trenera GKS-u Janusza
Białka, który podczas pracy w Groclinie jesień miał bardzo słabą, kończąc ją na ostatnim
miejscu w lidze, a na wiosnę jego zespół przechodził cudowną metamorfozę i "ogrywał"
prawie wszystkich.
Aby ten felieton nie był taki pesymistyczny, na koniec wypadałoby pochwalić Odrę
Wodzisław, która również zakupuje co sezon kilku piłkarzy już znanych na polskim rynku,
lecz w większości są to udane transfery. To przecież w Odrze odżył Dudek, który w GKS-ie
siedział na ławce, tak samo było w przypadku Sosina, Kościuka czy Rockiego. Jednym z
nielicznych przykładów nieudanego transferu w tym klubie jest Marek Saganowski, który
nadal nie potrafi się odnaleźć po wypadku motocyklowym sprzed kilku lat. Cóż, Odra
Wodzisław jest wyjątkiem potwierdzającym regułę, że danie odgrzewane smakuje gorzej od
nowego...
|