Felietony
Przebudować Wisłę, ale jak?

Porażki Wisły z Barceloną potwierdziły to, co było jasne już od dawna. Najlepszemu polskiemu klubowi trudno podjąć skuteczną rywalizację z czołową drużyną Europy. Oczywiście można dumać, co by było, gdyby piłkarze Wisły znajdowali się w lepszej formie, a nikt chyba nie wątpi, że przynajmniej paru z nich potrafi więcej niż zademonstrowali w rewanżu, ale nie zmienia to faktu, iż wciąż byłyby to rozważania raczej nad stylem porażki, a nie szansami na triumf. Można też z dużą dozą prawdopodobieństwa stwierdzić, że gdyby los w II rundzie eliminacji do Ligi Mistrzów skojarzył Wisłę z mniej wymagającym przeciwnikiem, a to oznaczałoby z paroma wyjątkami, większość z rozstawionych klubów, końcowy rezultat rywalizacji mógłby być dla nas radosny. Zostawiając jednak te dywagacje o przeszłości, warto spojrzeć w przyszłość. Za rok Wisła może ponownie zostać mistrzem Polski, jest przecież głównym faworytem rozgrywek. Niewątpliwie naiwnym byłoby wówczas liczenie, że w kolejnym losowaniu szczęście się uśmiechnie do Krakowian i trafią w decydującej rundzie na mistrza Austrii, Szwajcarii, Grecji czy też drużyny z czołówki, ale nie te najlepsze, reprezentujące Holandię czy też Portugalię. Z nimi Wisła już teraz mogłaby powalczyć z szansami na sukces. Klub z aspiracjami nie może jednak zdawać się wyłącznie na wyroki fortuny. O to zresztą Wisły nie posądzam.

Tematem nr 1 po meczach Wisły z Barceloną staje się powoli ewentualna przebudowa drużyny. Dotąd zwracano uwagę głównie na słabość defensywy Wiślaków, rywalizacja z Katalończykami i ich armią zaciężną z połowy świata ukazała jednak też niemoc Krakowian w grze ofensywnej, objawiającą się przynajmniej wtedy, gdy myśli ona o solidnym zabezpieczeniu tyłów. Najprostszy wniosek jaki można wysnuć, to konieczność wymiany połowy składu. Znacznie już trudniej wskazać racjonalne kandydatury, kto też mógłby pojawić się w Wiśle. Propozycji nie liczących się z realiami można składać bez liku i wcale nie muszą one tyczyć gwiazd pokroju Rivaldo czy Savioli. Wystarczy przypomnieć sobie z jakim obrzydzeniem reagują rodzime sławy z lig zagranicznych, gdy ktoś ośmieli się zauważyć, że skoro nie znajdują miejsca w składzie swych drużyn, a żadne poważne kluby nie toczą o nich boje, to może warto wrócić do ligi polskiej. Nawet jeżeli gotowe są łaskawie rozważyć taką ewentualność, to wystarczy poruszyć temat zarobków, jakie by ich czekały w naszej ekstraklasie, aby wywołać nostalgię i poczucie, że za 100 - 200 tysięcy marek rocznie rodziny nijak wyżywić się nie da... Doprawdy tylko wyjątkowo ambitna i rozsądnie myśląca jednostka może stwierdzić, że pieniądze to nie wszystko, że jest jeszcze coś takiego jak patriotyzm lokalny etc. Względnie delikwent musi być zupełnie bez wyjścia, aby zgodzić się na powrót z raju pod nazwą drużyna dolnej części tabeli we Francji lub 2. Bundesliga, do ponurych wspomnień z młodości, czyli ligi polskiej. Nawiasem mówiąc, niebagatelne zasługi w utwierdzaniu rodzimych asów, że polska liga to samo zło i beznadzieja a zagranica dla odmiany raj na ziemi, mają piejący z zachwytu nad ligami obcymi dziennikarze, a prym w tym wiodą spece od Bundesligi. W każdym razie szanse na wzmocnienia polskie z zagranicy są znikome. Poza tym, w większości przypadków do wzięcia są ci, którym wybitnie się w dobrych ligach nie wiodło. Jak zatem ci sami gracze, którym nie udało się zdobyć uznania w przeciętnych klubach mają potem rywalizować z najlepszymi? Wyjątki się zdarzają, ale bardzo rzadko.

Wzmocnień można szukać wśród obcokrajowców. Realnie patrząc pole manewru mamy ograniczone do lig, gdzie płaci się dużo mniej niż u nas. Żeby jednak pozyskać dobrego piłkarza np. z Nigerii trzeba albo działać szybko i pozyskać talent nim zagną na niego parol kluby z Zachodu, czyli te, o których adepci futbolu w krajach ubogich realnie marzą, albo mieć wybitne szczęście i sprowadzić gracza, który początkowo nie rokuje zbytnich nadziei, a potem znienacka eksploduje niezwykłym talentem. Nie trzeba się długo rozwodzić nad tym, że droga do wielkości tędy nie wiedzie. A już na pewno nie w perspektywie jednego roku, a taką cezurę czasową pisząc o przyszłości Wisły sobie wyznaczyliśmy.

Wracamy więc tam, gdzie nam najlepiej, a więc na ziemię ojczystą i rozpoczynamy przegląd kadr ligowych, w nadziei, że tu znajdziemy piłkarzy, którzy zasadniczo mogliby zmienić oblicze zespołu - bohatera tej opowieści. Szybko jednak przypominamy sobie, że nikt inny jak właśnie Wisła przeprowadziła w ostatnich latach najbardziej spektakularne transfery, sprowadzając kilkunastu piłkarzy o których bez cienia przesady mówiło się i mówi, że należą do najlepszych i najbardziej obiecujących jakich doczekaliśmy się na przełomie stuleci. Mimo tych wzmocnień Wisła gra daleko poniżej oczekiwań. Co prawda, w polskiej lidze wciąż jest paru piłkarzy, którzy są lepsi od niektórych zawodników Wisły, ale przecież znowu różnica nie jest aż tak duża, by ich pojawienie się w składzie Krakowian mogło zasadniczo odmienić losy rywalizacji np. z Barceloną. Drumlak, Murawski, Kukiełka może i by się Wiśle przydali, ale nie dają oni gwarancji poprawy, tym bardziej, że potrafią zawodzić także w dotychczasowych klubach. Ponadto, przynajmniej dwaj ostatni, tęsknie spozierają na Zachód aż jakaś pomocna dłoń wyciągnie ich z polskiego piekiełka i przyda kontu bardziej imponujące rozmiary. Nie inaczej jest z innymi tzw. Gwiazdami polskiej ligi, których Wisła jeszcze nie kupiła. Nawet jeżeli gracze gotowi byliby grać za "frytki", jak to ładnie ujął Kamil Kosowski, to wcale nie oznacza to, że ich kluby zgodziłyby się na racjonalne odstępne. Prawo Bosmana nieco komplikuje sytuację, bo z jednej strony Wisła może rywalizować z wszystkimi polskimi klubami, proponując ich zawodnikom po wygaśnięciu kontraktów apanaże wyższe niż dotychczas, ale z drugiej strony trudno, aby mogła być konkurencją dla każdej średnio zamożnej drużyny z Zachodu. A te ostatnie teoretycznie chcą wykupić tych najlepszych. Sytuacja jest nad wyraz skomplikowana i zakupy asów naszej ligi też nie są prostą drogą do upragnionego celu. Nie neguję, że można dzięki niej rzeczywiście poprawić oblicze drużyny. Alternatywy lub przynajmniej konkurencja np. dla Marka i Bogdana Zająców zawsze mile widziane. Nie szalone jednak zakupy zapewniają powodzenie.

Nie można nie wspomnieć o pracy z juniorami, lecz nikt nie ma chyba złudzeń, że w ciągu paru miesięcy na tyle nabiorą doświadczenia i poprawią umiejętności, że za rok rzucą na kolana Europę. Jeden czy dwóch może, a nawet powinno zagościć na stałe w pierwszym składzie lub przynajmniej zająć pierwsze miejsca na ławce rezerwowych, ale w perspektywie kolejnych eliminacji LM nie jest to cudowne rozwiązanie wszelkich bolączek.

Czyżbym zatem zajął stanowisko skrajnie pesymistyczne i w gruncie rzeczy sprowadził nadzieje na sukces w ewentualnym starcie za rok do wiary w szczęśliwe losowanie? Z pewnością nie. Przebudowa Wisły jest wskazana. Cieszyć mnie będą wszystkie wzmocnienia personalne. Nie obejdzie się też pewnie bez osłabień, wszak to biznes, gdzie rozsądna propozycja może uczynić z każdego gracza przedmiot targu. Jednak najrozsądniejszą drogą przebudowy Wisły (i każdego polskiego klubu) jest gruntowna przebudowa sposobu myślenia piłkarzy. Mam tu na myśli nie tylko to, by przestali panicznie bać się sławnych rywali z Zachodu i poniechali żenujących wystąpień typu "jaki to zaszczyt zagrać z Barceloną". Przede wszystkim muszą zacząć inaczej podchodzić do meczów w lidze polskiej. Jest ona słaba - tu nie wątpliwości - ale nie zwalnia to zawodników Wisły z obowiązku i konieczności gry na pełnych obrotach w każdym meczu. Nie są tak utalentowani jak gwiazdy światowej piłki, nie są wirtuozami techniki, ale wiele z tej różnicy w wyszkoleniu dałoby się zniwelować przygotowaniem kondycyjnym i szybkościowym, zgraniem, wybieganiem, taktyką i innymi podstawowymi elementami gry, których poprawa nie jest przecież zadaniem ponad ludzkie siły. Rozumiem, że trudno w każdym meczu strzelać gole przewrotką, ale co przeszkadza naszym graczom, aby wyrobili sobie taką kondycję, aby przez cały mecz grać w dużym tempie? Jaka to tajemna siła przeszkadza im wychodzić na pozycje i uciekać przeciwnikom? Nic mnie bardziej nie irytuje jak mozolne spacery po boisku i brak jakiejkolwiek chęci, aby pokazywać się partnerom na czystych pozycjach. Do tego nie trzeba przecież nadzwyczajnego talentu, a zwykłej solidności i ambicji. Minimalizm, niestety typowy dla wielu graczy Wisły, jest wrogiem sukcesu. Cóż w tym dziwnego, że skoro na pełnych obrotach grają ledwie parę meczów w lidze, to gdy przychodzi do konfrontacji z drużynami z wysokiej europejskiej półki, polski zespół nijak nie jest w stanie sobie poradzić, bo nie przywykł do walki, nie przywykł do biegania, nie przywykł do pressingu. Żadnym usprawiedliwieniem nie może być to, że minimalizm na naszą ligę wystarcza. Po pierwsze obraża on kibiców, a dla nich (i właścicieli klubu) zawodnicy zawsze muszą się starać. Po drugie, skutecznie zamyka on drogę do wielkiego piłkarskiego świata. Winę ponoszą głównie zawodnicy, ale przecież ci, którzy ich trenują i im płacą mają niejeden argument w zanadrzu, aby wymóc zmiany na lepsze. Grzech zaniechania jest więc też ich udziałem. Apel więc może być tylko taki: więcej walki, więcej wytrwałości i dużo więcej ambicji.

I jeszcze na koniec jeszcze jedna uwaga o sprawch tajemnych i mrocznych. Wspomniałem o różnicy w wyszkoleniu technicznym, jaka dzieli naszych graczy od większości piłkarzy cenionych na Zachodzie. Piłkarzy ukształtowanych trudno już zmieniać pod tym względem. Ale czy przekracza możliwości naszych trenerów, zajmujących się szkoleniem juniorów, takie prowadzenie młodych zwodników, żeby w dorosły futbol wkraczali z umiejętnościami zbliżonymi do rówieśników z lepszych lig? Do tego nie potrzeba laboratoriów i drogich odżywek. Żadnym wytłumaczeniem nie są, prawda wstydliwe, marne warunki, w jakich przychodzi uczyć piłkarskiego rzemiosła. Skoro polskie boiska są tak nierówne, to nasi gracze winni przecież doskonale grać górą i zadziwiać świat bajecznymi przyjęciami piłki na pierś, biodra czy kolana. Tymczasem w tajemniczym świecie polskiego piłkarstwa akurat z tym są problemy szczególnie poważne.

Damian Jackowski

Copyrights © 2001 eGOL. Wszelkie prawa zastrzeżone. <<- poprzedni | następny ->>