Faworyci jak jeden mąż
Boxing Day to dla kibiców raj, dla ich rodzin - przekleństwo. Powinien być dniem wolnym od pracy dla wszystkich, a nie jest. I to jest właśnie jego urok!
Kiedy w Polsce obdarowywano się prezentami, dzielono opłatkiem, dekorowało choinkę i życzono nade wszystko zdrowia, w Anglii na świeczniku były mecze tamtejszej ekstraklasy. Zamiast o puddingu, kibice dumali nad składem swoich pupili; zamiast konsumpcji indyka, było gremialne odwiedzanie sklepów z myślą o zakupie chipsów i piwa na mecz; zamiast kupowania wyszukanych prezentów bliskim, nabywano wejściówki na spotkania swojej drużyny. Boxing Day to dla kibiców raj, dla ich rodzin - przekleństwo. Powinien być dniem wolnym od pracy dla wszystkich, a nie jest. I to jest właśnie jego urok!
- Nie boimy się Liverpoolu. To oni powinni bać się Michaela Owena - odgrażał się przed najciekawszym meczem 18. serii spotkań Premier League menedżer Newcastle, Graeme Souness. Słowa te brzmiały co najmniej dziwnie, bo rozpędzone serią zwycięstw "The Reds" było bitym faworytem poniedziałkowej konfrontacji. Nie było niespodzianki. Liverpool kontrolował wydarzenia na boisku, pokazując snującym mocarstwowe plany "Srokom"... gdzie ptaszki fruwają. Jednak to nie o meczu, a o całej otoczce wokół niego będzie się mówiło w mediach najwięcej. Najpierw spora rzesza sympatyków LFC niemiłosiernie wygwizdała Owena, przez co była gwiazda drużyny z miasta Beatlesów cały mecz rozegrała z minorową miną. - Zasłużył na owację na stojąco za zasługi dla klubu, a został przez wielu skrzywdzony - grzmiał po meczu autor pierwszego gola, Steven Gerrard.
Kibice stworzyli swoisty teatrzyk, ale i SG był negatywnym bohaterem tegoż spektaklu. Po brutalnym wejściu Lee Bowyera w nogi Xabiego Alonso sprawiedliwość postanowił wymierzyć Peter Crouch (strzelec drugiej bramki) wespół ze Stevenem Finnanem. Bowyer, znany z wybuchowego temperamentu, nie dał sobie w kaszę dmuchać, a że w sukurs poszedł mu Alan Shearer, to rozpętała się spora przepychanka. Zdecydowanie najaktywniejszy w niej był Gerrard, który najpierw z impetem popchnął Shearera, a następnie ciosem w twarz potraktował Bowyera. Były gracz Leeds United niesłusznie wyleciał z boiska, a kapitan Liverpoolu nie został napomniany nawet "żółtkiem". Souness nie chciał komentować incydentu. - Nie unikam komentarza, po prostu nie widziałem tej sytuacji na telewizyjnej powtórce - tłumaczył. Dla Bowyera, który trzeciego stycznia skończy 29 lat, może być to ostatni występ w biało-czarnym trykocie. Niedawno przyznał, że zatęsknił za Londynem i chce w styczniu zmienić barwy klubowe. Momentalnie pojawiły się propozycje z West Hamu United oraz Charltonu Athletic. Jeśli któryś z tych klubów zakontraktuje krnąbrnego zawodnika, szkocki trener będzie miał niemały orzech do zgryzienia w kontekście obsady środka pomocy. Kontuzję wszak leczy Kieron Dyer, a na Puchar Narodów Afryki wyjeżdża coraz lepiej poczynający sobie Amdy Faye.
Podobnych problemów nie ma Alex Ferguson, którego Manchester United w cuglach odprawił z kwitkiem West Bromwich Albion. Paul Scholes zaliczył kolejny dobry występ okraszony golem, a podanie Alana Smitha na bramkę w 63. minucie zamienił strzałem głową Ruud van Nistelrooy, który umocnił się w klasyfikacji najlepszych strzelców EPL. Wcześniej "ukuł" po dośrodkowaniu Ryana Giggsa z rzutu rożnego Rio Ferdinand, opoka defensywy MU, która od trzech spotkań jest "nienaruszona". Wydaje się zatem, że po blamażu w Lidze Mistrzów zespół wreszcie się odbudował i dogonienie "pędzącej niebieskiej lokomotywy" staje się całkiem realne. - Miejmy nadzieję, że słabszy okres mamy już za sobą. Wynik meczu z Benfiką był dla nas zabójczy, ale udało nam się odbić od dna - powiedział po meczu sir Alex, który nie krył, że znaczące podwaliny pod sukces w meczu z WBA położyła kontuzja w 32. minucie ocierającego się o reprezentację Anglii Paula Robinsona. - Do tego momentu radzili sobie dzielnie, później jednak zaczęli się łamać - ocenił "Fergie". Słaby mecz (nota 5 w skali 4-10 od Sky Sports) rozegrał Tomasz Kuszczak i pewnie w następnym meczu będzie musiał ustąpić miejsce w składzie Chrisowi Kirklandowi.
Dogonienie Chelsea staje się realne tym bardziej, że zespół Jose Mourinho ma spore problemy z ogrywaniem typowych słabeuszy. "The Blues" po męczarniach zwyciężali ostatnio z Middlesbrough (1:0), Wigan (1:0) i choć w międzyczasie ich wyższość musieli uznać piłkarze Portsmouth (2:0) i Arsenalu (2:0), to już wygrana nad 13. w tabeli rywalem zza miedzy Fulham przyszła londyńczykom z największym trudem. Mourinho wprowadził w życie nowy system (1+4+5+1) z osamotnionym Hernanem Crespo (prawdopodobnie wróci w styczniu do Serie A), sadzając na ławce Didiera Drogbę. Chciał pewnie przetestować wariant gry, jaki jego drużyna zastosuje wobec absencji piłkarza rodem z Wybrzeża Kości Słoniowej (wyjeżdża na PNA). Wariant się nie sprawdził i w 57 minucie JM bił na alarm, wprowadzając Drogbę za bezproduktywnego obrońcę, Roberta Hutha. Wcześniej na plac gry powędrował Eidur Gudjohnsen i podrażniona duma Chelsea wzięła górę. Gola na wagę trzech punktów strzelił w 74. minucie Crespo. Wciąż błyszczy Frank Lampard. Bramka w spotkaniu z "The Cottagers" była już dwunastym trafieniem w tym sezonie i 163. kolejnym spotkaniem charyzmatycznego Anglika w Premier League. "Lamps" jednak nie chce odpoczywać i liczy, iż Mourinho da mu nadal śrubować imponujący rekord.
Lampard byłby z pewnością najbardziej pożądaną osobą w Arsenalu Londyn, gdzie wciąż nie załatano luki po Patricku Vieirze. Kibiców dodatkowo rozsierdza fakt, że Francuz chciał zostać na Highbury, ale działacze nie kwapili się do parafowania z piłkarzem nowej umowy. Następców próżno szukać. Wiele spodziewano się po Cescu Fabregasie, ale ten oprócz ciętego języka nie ma cech przywódczych, jakimi emanował Vieira. - Będzie w przyszłości gwiazdą Arsenalu, ale jeszcze nie teraz - stwierdził Gilberto Silva, pomocnik "Kanonierów". Na domiar złego, menedżer Arsene Wenger zerwał rozmowy z utalentowanym Didierem Zokorą (St. Etienne) i jeśli Tomas Rosicky (Borussia Dortmund) nie zdecyduje się zasilić stołecznego teamu (jego agent ma się spotkać z Wengerem), to poszukiwania będzie trzeba zacząć od nowa. Abstrahując od głównej bolączki "Kanonierów", trzeba zaznaczyć pierwsze w tym miesiącu zwycięstwo w lidze, a drugie w całej rundzie osiągnięte na wyjeździe. Łupem Arsenalu padł Charlton Athletic, który po raz siódmy w ośmiu ostatnich potyczkach zaznał gorycz porażki. Jedyną bramkę meczu zapisał na swoim koncie Jose Reyes, dobijając strzał Thierry'ego Henry.