Sport na uboczu kampanii

A w zasadzie jego brak...



Już przeszło miesiąc minął od wrześniowych, zwycięskich dla Prawa i Sprawiedliwości wyborów parlamentarnych. Szmat czasu upłynął również od wyborów prezydenckich, które odbyły się dwa tygodnie później. Na dziś dzień pisanie, że po zakończonym wyborczym maratonie odetchnęliśmy z ulgą jest zwykłym truizmem. Każdego dnia zasypywani byliśmy przecież deklaracjami, często na granicy populistycznych obiecanek, każdego dnia wysłuchiwaliśmy płomiennych zapewnień dotyczących tego, jak bardzo, poprzez oddanie głosu na właściwego kandydata/partię możemy zmienić swój los. Trudno zliczyć wszystkie debaty wyborcze, które odbyły się w trakcie kampanii, trudno zliczyć wiece, wyborcze spotkania, festyny.

Paradoksalnie jednak, wśród tego krytycznego nagromadzenia deklaracji i treści, pośród krytycznej ilości słów i obietnic, próżno było szukać tych dotyczących wizji sportu w Polsce, zarówno tego amatorskiego jak zawodowego, któremu poświęcamy większość łam w naszym tygodniku. A przecież elektorat, dla którego sport stanowi ważny element życia, elektorat śledzący na bieżąco tabele i wyniki jest elektoratem bardzo licznym zatem - nie do pogardzenia. Dość powiedzieć, że co ważniejsze sportowe wydarzenia, w których uczestniczą nasi reprezentanci, potrafią przyciągnąć przed telewizory nawet i 10 milionów widzów. 10 milionów osób, czyli wybitną część wszystkich, którzy w tym roku zdecydowali się uczestniczyć w wyborach.

Oczywiście jest to bardzo karkołomna kalkulacja, bo zdecydowana większość z tych osób sportowe widowisko ogląda raczej od święta, a więc nie jest dla nich sprawa życia i śmierci, czy partia czy polityk obiecają budowę stadionu narodowego czy też zwiększenie funduszy na rozwój sportu. Sprawą ewidentną jest jednak to, że liczba osób, które deklarują bieżące zainteresowanie np. ligą piłkarska waha się w granicach 2 - 3 milionów. Niech byłby nawet jednak i jeden milion. Milion osób zakochanych w sporcie, dla których argument poprawy losów ukochanej drużyny czy reprezentacji jest argumentem nie bez znaczenia. Po sportowy elektorat nie sięgnął jednak żaden z kandydatów, zarówno wśród tych startujących do sejmu jak i kandydatów do prezydenckiego fotela. Nie mnie oceniać, jak mogło wpłynąć to na losy kampanii, czy obojętność wobec fanów sportu mogła na wyniki wyborów wpłynąć w jakikolwiek sposób. Sprawą ewidentną jest jednak, że to nikłe zainteresowanie szeroko pojętą problematyką sportu w Polsce podczas kampanii, znajdzie swoje odbicie podczas 4 lat kadencji nowego parlamentu. Słowem - jeśli podczas walki o elektorat sport traktowany był po macoszemu, trudno oczekiwać, aby teraz wyniesiono go na piedestał.

Jak już wcześniej wspominałem, sportowa tematyka nie była poruszana podczas kampanii w ogóle. Pewne deklaracje w sprawie sportu poczyniła właściwie jedynie zwycięska partia - Prawo i Sprawiedliwość. Oczywiście, wszystko to pozostaje jedynie w sferze deklaracji, wiemy przecież doskonale, że czas zazwyczaj boleśnie weryfikuje wszelkie wyborcze obietnice.

W swoich wyborczych deklaracjach PiS proponował m.in. dotowanie sportu wyczynowego z wpływów z Totalizatora Sportowego a także od reklamujących napoje alkoholowe. W swoim programie PiS uwzględnił także pewną, bardzo ważną rzecz, mianowicie wprowadzenie zwolnień podatkowych na cele sportowe. Już od lat projekt ustawy dotyczący zwolnień podatkowych dla np. klubów piłkarskich przewijał się w kuluarach sejmu. W sprawie tej lobbował m.in. prezes PZPN, Michał Listkiewicz. Inicjatywa pozostała jednak bez odzewu, również ze strony partii braci Kaczyńskich. Niestety, bardzo wątpliwe aby teraz nastąpił jakikolwiek zwrot w tej sprawie.

W swoich wyborczych deklaracjach PiS postulował również zwiększenie kontroli nad dysponowaniem funduszy przeznaczonych na sport. Jako sztandarowy przykład nieprawidłowości i korupcji PiS podał PZPN. Są to jednak bardzo ogólnikowe tezy, niektóre wręcz pozostają w sferze mitologii, jak ta zakładająca umożliwienie kibicom wyboru prezesów związków sportowych.

Ogólnikowo potraktował PiS również kwestię stadionowego chuligaństwa, zakładając wprowadzenie kart identyfikacyjnych, kart kibica, upowszechniania monitoringu. Oczywistą rzeczą jest jednak, że tego typu technologiczne nowinki możliwe są do realizacji jedynie w połączeniu z unowocześnianiem sportowej infrastruktury. Identyfikatory mogą mieć sens jedynie wtedy, gdy kibic nie będzie mógł się dostać na stadion przez dziurę w płocie czy też poprzez wręczenie ochroniarzowi kilku złotych, co jest przecież praktyką w Polsce powszechnie stosowaną.

Jak widać deklaracje programowe zwycięskiej partii nie przedstawiają się imponująco. Mówiąc wprost - ograniczają się do kilku ogólnikowych stwierdzeń, są powieleniem tego, o czym w sportowych (w tym piłkarskich) środowiskach mówi się już od dawien dawna. Przeforsowanie któregokolwiek z pomysłów w parlamencie jawi się więc raczej jako fantasmagoria, tym bardziej, że po nieudanym mariażu z PO czekają nas rządy mniejszości.

Na koniec warto dodać, że wśród 460 posłów nazwiska dwóch z nich są nam, fanom piłki nożnej, szczególnie bliskie i znane. Mowa oczywiście o Januszu Wójciku i Romanie Koseckim, którzy zasiadać będą w poselskich ławach podczas najbliższej kadencji sejmu. Były trener reprezentacji narodowej mandat zdobył kandydując z listy Samoobrony, natomiast jeden z lepszych piłkarzy w historii naszego futbolu został posłem Platformy Obywatelskiej. Smutne jednak, że również i na ich wstawiennictwo nie będziemy mogli specjalnie liczyć. Kosecki zapewne więcej czasu będzie spędzał w Konstancinie, doglądając postępy podopiecznych w swojej szkółce piłkarskiej, Wójcik natomiast przymierzany jest do funkcji trenera reprezentacji olimpijskiej. A więc, jeśli nie oni, to kto?