| Warszawa, 07.09.2005, godz. 20:30 |
| Polska |  | 1:0 (0:0) |  | Walia |
Maciej Żurawski (54, karny)
Widzów: 14000
Sędziował: Claus Larsen (Dania)
Polska: Boruc - Baszczyński, Jop, Bąk, Rząsa - Smolarek (86 Żewłakow), Sobolewski, Szymkowiak , Kosowski (79 Radomski) - Żurawski, Rasiak (65 Frankowski)
Walia: Coyne - Edwards (46 Duffy), Partridge, Gabbidon , Collins, Ricketts - Koumas (69 Davies), Fletcher, Davies - Giggs, Earnshaw (81 Ledley)
|
Wyśniony gol Żurawskiego
Wynik meczu Polska - Walia znałem już kilka miesięcy temu. To był sen, jak się okazało proroczy. Maciej Żurawski strzelił w nim zwycięskiego gola w 54. minucie spotkania, co prawda nie z rzutu karnego - o ile pamiętam był to strzał z dystansu. Był to jednak strzał zwycięski, tak jak w środę na stadionie Wojska Polskiego. Trochę teraz żałuję, że nie poszedłem do bukmachera, bo mógłbym się nieźle obłowić. Z drugiej jednak strony, bardzo możliwe, że wynik byłby wtedy zgoła inny od tego, który zrodził się przed kilkoma miesiącami w mojej podświadomości.
Inna sprawa, że Maciej Żurawski bramkę musiał strzelić, bez względu na to, czy tak mówił mój sen czy też nie. Maciej Żurawski strzela bowiem bramki wyspiarskim drużynom z zegarmistrzowską regluarnością, tak więc dla nikogo zaskoczeniem nie było, że również przy ulicy Łazienkowskiej pognębił bramkarza Walii. Gole strzelał Żurawski przecież Irlandii Północnej, Anglii i wreszcie drużynie czerwonego smoka. Potwierdził w ten sposób po raz kolejny swoją wielką formę. Potwierdził również, że jest to gracz nie tyle znaczący, co po prostu niezastąpiony, bo strzela bramki, które decydują o końcowym wyniku spotkania.
Zanim jednak po rajdzie Kosowskiego "Żuraw" pokonał stojącego na bramce Coyne'a Polska przebyła ciężką i morderczą drogę w poszukiwaniu tej jednej upragnionej bramki. Nie było łatwo, czego zresztą wszyscy się spodziewali. Walijczycy, nie występujący w tym meczu w roli faworyta od pierwszego gwizdka sędziego na wypełnionym stadionie Wojska Polskiego nastawili się na głęboką defensywę. A że tajemnicą poliszynela jest, że Polska w systematycznym i powolnym ataku mistrzem nie jest, tak więc z wielkim trudem nasza drużyna przedostawała się w pobliże bramki Walijczyków. A czas grał na ich korzyść.
Polska na mecz wyszła w niemal identycznym zestawieniu w jakim wystąpiła w meczu z Austrią. Jedyną zmianą było zajęcie miejsca Tomasza Kłosa przez Mariusza Jopa. I był to ruch ze wszech miar trafiony, bo Jop grał bardzo pewnie, w odróżnieniu od postawy obrońcy Wisły Kraków w meczu z Austriakami. Ogólnie, cały defensywny blok spisywał się bardzo poprawnie, na tyle, że trudno przypomnieć sobie groźną sytuację pod polską bramką.
Polacy mecz zaczęli bardzo odważnie, na tyle, że można mieć było obawy o to, czy wytrzymają kondycyjnie do końca spotkania. Podopieczni trenera Janasa chcieli za wszelką cenę zdobyć bramkę już w pierwszych minutach spotkania, tak aby zapewnić sobie ogromny komfort kontrolowania sytuacji na boisku. Nie udał się ten plan, choć sytuacje były. Pierwsza, bardzo groźna, już w 3 minucie meczu, kiedy po świetnym rajdzie Kosowskiego Szymkowiak miał piłkę na linii 16 metrów od bramki. Zabrakło odrobinę precyzji, podobnie jak w sytuacji z 10 minuty, kiedy Radosław Sobolewski strzelał zza pola karnego.
W 25 minucie mogło, i powinno być 1:0. Maciej Żurawski przeprowadził akcję podobną do tej, dzięki której strzelił debiutanckiego gola w barwach Celticu Glasgow. Uderzył jednak bardzo źle - w środek bramki. Tylko dziurawym rękom bramkarza Walii Coyne'a zawdzięczamy powstałe podbramkowe zamieszanie. Na zamieszaniu się - niestety - skończyło, gdyż żaden z polskich piłkarzy nie zdołał wbić piłki do bramki.
W 30 minucie powinno być 1:0. Szymkowiak przytomnie wrzucił piłkę w pole karne, wprost na głowę Grzegorza Rasiaka, ten uderzył. Na przeszkodzie stanął bramkarz - świetna parada - i sędzia, który niesłusznie dopatrzył się spalonego. Pochwalić należy bramkarza Walii, który oszczędził nam zbędnych stresów związanych z nieuznaniem prawidłowej bramki.
Polacy wciąż przeważali. O włos od strzelenia gola byli Rasiak i Smolarek, natomiast w okolicach pola karnego doszło do starcia Kosowskiego z jednym z piłkarzy Walii, sędzia nakazał grać dalej i była to kontrowersyjna decyzja.
Na tym skończyła się pierwsza połowa. Ciężko było Polakom sforsować walijską defensywę, która często składała się aż z 6 obrońców. Walijczycy obrali w pierwszej połowie bardzo wygodną i jak się okazało - skuteczną taktykę. Dodatkowo sprzyjało im szczęście. To co, przed spotkaniem, wydawało się szczęściem na wyciągnięcie ręki, okazało się być drogą przez prawdziwą mękę i twardą walkę o jedną, jedyną bramkę.
Na drugą połowę Polska wyszła w niezmienionym składzie i od razu rzuciła się do ataków na drużynę Walii. Ta jednak wciąż konsekwentnie realizowała swój cel - bronić i liczyć na kontry. Kto wie, jak mecz by się skończył gdyby nie rajd Kosowskiego i bramka Żurawskiego z 54 minuty. Żuraw wykorzystał karnego pewnie, tak jak nas do tego przyzwyczajał przez lata występów w pierwszej lidze.
Reprezentacja Polski osiągnęła w tym momencie swój cel. Obrona walijska została wreszcie złamana i od tego momentu można było prowadzić spokojną, rozważną grę, przykładając większą wagę do zabezpieczenia tyłów. Do realizacji tych zadań przystąpili Polacy natychmiast. Tempo meczu zupełnie siadło. Walijczycy za bardzo nie wiedzieli co mają robić, z kolei Polacy byli gotowi przetrzymywać piłkę na własnej połowie choćby i do końca meczu.
Zdołali stworzyć sobie mimo to kolejne groźne sytuacje. Bardzo groźnie było w 60 minucie spotkania kiedy w zamieszaniu w polu karnym piłka trafiła do Grzegorza Rasiaka, którego strzał z kilku metrów obronił Coyne, choć powinno być 2:0. Grzegorz Rasiak nie miał już szansy do rehabilitacji, bo 5 minut później został zmieniony przez Tomasza Frankowskiego. Wydaje się, że poszukiwania partnera dla Żurawskiego wciąż trwają - a może inaczej - Paweł Janas wciąż waha się, czy Rasiak czy może właśnie Frankowski ma zająć miejsce u boku gracza Celticu Glasgow.
Mecz powoli zbliżał się do końca. Polacy byli ukontentowani wynikiem, Walijczycy - jakby mniej. Nie byli jednak w stanie przełożyć tego na boiskowe poczynania i ich nieliczne ataki wciąż rozbijały się o obrońców bądź pewnie wyłapującego piłki w polu karnym Artura Boruca. Po drugiej stronie boiska przed sytuacjami stawali natomiast biało-czerwoni m.in. Tomasz Frankowski i Mirosław Szymkowiak.
Cały ten jednak spokój mógł okazać się pozornym. W 89. minucie Davies otrzymał piłkę stojąc kilka metrów przed bramką Boruca. Na szczęście dla nas strzelił jednak fatalnie, wysoko nad bramką.
Po meczu piłkarze pozostawali na boisku jeszcze przez dobrych kilkanaście minut. Wraz z całą kadrą szkoleniową a także kibicami, którzy pozostali na trybunach oczekiwaliśmy na wynik meczu Węgrów ze Szwedami. Remis w tym spotkaniu dawał nam awans do Mistrzostw Świata. Skończyło się jednak bardzo pechowo - Zlatan Ibrahimovic strzelił gola w doliczonym czasie gry. Szwedzi po raz kolejny udowodnili, że na ich pomocną dłoń nie ma co liczyć. Piłkarze jak i trener przyjęli jednak ten wynik po męsku, tak jak należało uczynić. Bo mimo niekorzystnego zbiegu okoliczności wciąż są o krok, a może nawet kroczek od awansu do Mistrzostw Świata.
Powiedzieli po meczu:
Paweł Janas - selekcjoner reprezentacji Polski : Wygraliśmy kolejne spotkanie, ale odczuwamy lekki niedosyt, bowiem okazuje się, że osiem wygranych meczów na dziewięć nie gwarantuje jeszcze awansu. Trudno, trzeba grać dalej, jesteśmy dobrej myśli, ale przykro jest nam trochę, że po wygranych z Austrią i Walią mamy zapewnione tylko baraże. Wiedziałem, że dzisiaj nie będzie łatwo. Oglądaliśmy mecze Walijczyków z Austrią i Anglią i widzieliśmy, że ta drużyna potrafi dobrze zagrać. Chcę podziękować swoim piłkarzom, którzy dzisiaj nie stworzyli wprawdzie takiego horroru jak w sobotę, ale włożyli w to spotkanie wszystkie swoje siły.
John Toshack, selekcjoner reprezentacji Walii : - To był niezwykle trudny mecz dla mojej drużyny. Po ciężkim boju w Cardiff, gdy minimalnie przegraliśmy z Anglią, teraz przyszła skromna porażka z Polakami. Graliśmy z bardzo dobrą drużyną i widać to było na boisku. Zrobiliśmy w tym meczu wszystko, na co było nas dzisiaj stać, a wygrał lepszy. Za wcześnie jest jednak jeszcze na to, aby wyciągać jakieś wnioski.