Barwy Ekstraklasy: Rycerze wiosny

Sezon rozpoczęli zgodnie z oczekiwaniami - remisem z Jagiellonią oraz zwycięstwem z Cracovią. Potem było już jednak tylko gorzej. Seria pięciu porażek, fala krytyki, zmiana trenera. Teraz nazywa się ich "Rycerzami wiosny".

Mowa oczywiście o Śląsku Wrocław. Aż trudno uwierzyć, że wrocławianie byli na początku sezonu w sytuacji kryzysowej, stawiało się ich w niechlubnej roli głównego kandydata do spadku. Fatalna passa poskutkowała zmianą szkoleniowca, który na dobre zaaklimatyzował się w zespole - o drużynie Śląska można było mówić jak o jego autorskim projekcie. Ryszard Tarasiewicz w chwili odejścia miał największy staż na dotychczasowym miejscu pracy spośród wszystkich szkoleniowców Ekstraklasy.

Funkcję pierwszego trenera Śląska Wrocław objął nestor polskich szkoleniowców, specjalista od sytuacji kryzysowych - charyzmatyczny Orest Lenczyk. Drużyna wrocławian, jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, ponownie prezentowała to, do czego nas przyzwyczaiła. Najpierw przyszła seria trzech remisów, później czterech zwycięstw. Trudno określić fenomen trenera Lenczyka, przecież w poprzednim sezonie nestor polskich trenerów w podobnej sytuacji został zatrudniony w Cracovii, efekty były porównywalne...

Jedno jest pewne - Lenczyk tchnął w drużynę Śląska nowego ducha. Zespół pod jego okiem nabrał nowej świeżości. Co nie znaczy, że trener Lenczyk był miłym tatą, przymykającym oko na wybryki swoich podopiecznych. Wręcz przeciwnie - nie dał sobie w kaszę dmuchać, w drużynie panowała żelazna dyscyplina. Świadczy o tym głośny konflikt z Vukiem Sotiroviciem, po którym Serb został wydalony z kadry po domniemanym konflikcie z Remigiuszem Jezierskim oraz samym Lenczykiem. Sytuacja miała miejsce podczas przedsezonowego zgrupowania na Cyprze, podczas którego notabene trener zwracał szczególną uwagę na przygotowanie fizyczne zawodników, co zaprocentowało. Interesujące są również wybory kadrowe trenera Lenczyka. Zrezygnował on bowiem niemal ze wszystkich obcokrajowców, w wygranym meczu z Lechią jedynym zagranicznym zawodnikiem w podstawowym składzie Śląska był bramkarz, Marian Kelemen. Efekty? Od kiedy po raz pierwszy usiadł na ławce trenerskiej wrocławskiego klubu, nie przegrał ani jednego meczu. A miało to miejsce pod koniec września, czyli przed dwunastoma kolejkami. Trener Lenczyk już przeszedł do panteonu najdłużej niepokonanych trenerów z klubu przy Oporowskiej.

W drużynie Śląska Lenczyk to nie jedyny fenomen. Jest nim także Przemysław Kaźmierczak, który latem powrócił do Ekstraklasy po portugalskich wojażach i angielskim epizodzie. Przed sezonem do kraju powróciło wiele tracących blask gwiazd, ale chyba tylko w przypadku Kaźmierczaka ręce - zamiast opadać w dół - składają się do oklasków. 28-latek jest przywódcą środka pola, wykonuje ogromną pracę w defensywie, często odpowiada także za rozgrywanie piłki. Ale nie na tym polega jego osobliwość. To, że jest ustawiany na pozycji defensywnego pomocnika, wcale nie przeszkadza mu w byciu najlepszym strzelcem wrocławskiej drużyny, a także jednym z głównych pretendentów do miana króla strzelców. W tym sezonie na listę zdobywców goli wpisał się już ośmiokrotnie, trudno uwierzyć, że gdyby nie dwa przestrzelone karne, stałby teraz na czele klasyfikacji najskuteczniejszych zawodników. Pikanterii dodaje fakt, że bramki zdobyte przez Kaźmierczaka są zazwyczaj obdarzone szczególną urodą. No bo nie da się ukryć, że trafienia głową z linii pola karnego albo techniczne uderzenia sprzed "szesnastki" dodają kolorytu naszej lidze, sprawiają, że na polskich boiskach zaczyna pachnieć Europą...

W obecnej formie Śląsk jest w stanie walczyć o miejsce premiowane udziałem w europejskich pucharach. Ba, jest faworytem do tej lokaty. Podkreślam - w obecnej formie. Jeśli Jagiellonia i Legia nadal nie przebudzą się z zimowego snu - wszystko się może zdarzyć. Do czołówki brakuje już tylko czterech punktów.