Czemu nie sposób się nudzić z polskš reprezentacjš, kiedy paradoksalnie na kolosalne nudy zostalimy ostatnio skazani? Ano dlatego, że na kadrę należy patrzeć globalnie, w szerszej perspektywie, wybiegajšcej zdecydowanie poza jeden czy dwa mecze. Wtedy okazuje się, że jest ciekawie, może nawet miesznie.
W połowie ubiegłego roku Smuda obstawał twardo przy ofensywnym systemie, a przede wszystkim sposobie gry. Efekty były niezłe, kadra grała ładnie dla oka, stwarzała mnóstwo sytuacji, czasami nawet zdarzało się którš wykorzystać. Generalnie w spotkaniach z Australiš, Ukrainš, momentami z USA czy nawet Serbiš to Biało-czerwoni byli stronš przeważajšca, gdyby nie niefart lub (albo oraz) boiskowe frajerstwo w postaci błędów indywidualnych nie zmówiły się przeciwko nam, nie byłoby w ogóle takiego tematu jak seria niewygranych meczów itp. A tak, przy sprawnie działajšcej ofensywie okazało się, jak bardzo kulawš mamy defensywę.
Z powodów, których niekoniecznie jest sens poszukiwać, proporcje między atakiem i obronš obróciły się o 180 stopni. Koc, który był łapczywie zagarniany do ogrzania głowy, a który spowodował poważne odmrożenie, a w konsekwencji upoledzenie dolnych kończyn, teraz został praktycznie owinięty wokół nich. I podpięty pod pršd. Efekt? Goli nie tracimy, co ostatnio jest równie abstrakcyjne, jak spotkanie Murzyna w sektorze dla ultrasów na jednym ze stadionów w Polsce. Niestety, na owej zmianie priorytetów, jak łatwo się domylić, cierpi obecnie górna częć ciała delikwenta. Czyli ofensywa, a nawet szeroko pojmowana jakoć gry.
Kiedy kadra Smudy notowała serię remisów i porażek, w większoci wywalczanych jednak w dobrym stylu, po zaciekłych meczach, w których mielimy inicjatywę i przewagę, większoć mediów i postronnych obserwatorów utyskiwała, że co nam po stylu, skoro zwycięstwa brak. Osobicie byłem (i jestem) w tej drugiej grupie, która nad suchy wynik, choćby był nie wiadomo jak ważny, przedkłada styl gry. Bo mecz ma się dobrze oglšdać i basta. Jedni powiedzš, że w przypadku wywalczenia mistrzostwa o tym, w jaki sposób się to osišgnęło i tak się zapomina, tak samo jak o przegranych, choćby byli nie wiadomo jak efektowni.
Czy aby na pewno? Kto nie pamięta niemiłosiernie kaleczšcych
futbol Greków z roku 2004, Niemców z 1990 czy Interu Mediolan (z
zastrzeżeniem, że niemal wyłšcznie w spotkaniu z Barcš) sprzed
roku? Przegrani? Kto nie pamięta kapitalnej reprezentacji Brazylii
z roku 1982, Czech z mistrzostw Starego Kontynentu sprzed siedmiu
wiosen albo Rosji z ostatniego europejskiego czempionatu?
Euro 2012 będzie dla nas niezwykle prestiżowym wydarzeniem,
wypadałoby więc nie narobić sobie wstydu. Prawdopodobnie (obym się
mylił) nic wielkiego na tym turnieju nie ugramy, jak zwykle
poniesiemy porażkę, którš będzie się analizować przez następne
miesišce, rozdrapywać, a ostatecznie i tak jej przyczyny pozostanš
nieznane (albo niezauważone, mimo swojej oczywistoci). W
przegrywaniu jestemy naprawdę dobrzy, potrafimy się tym nawet
chwalić (patrz: powstania narodowowyzwoleńcze). Pochwalmy się tym i
jeszcze raz, przygotujmy zespół grajšcy ładnie, ofensywnie, dla
kibiców. Tak jak miało być, panie Franku! A nuż przy tej ładnej
grze przyjdzie dobry wynik?