Faworyta spotkania na San Siro nie trzeba było długo szukać. Większość ekspertów kandydata do zwycięstwa w tym starciu upatrywała w zawodnikach Milanu. Podopieczni Massimiliano Allegriego mieli świetną okazję, by umocnić się na prowadzeniu w tabeli i utrzymać czteropunktową stratę nad goniącym ich Napoli. Jednak Cesena wcale nie zamierzała być chłopcem do bicia i zapowiadała twardą walkę od początku.
W pierwszych minutach różnica klas w teoretycznej sile obu drużyn nie była za bardzo widoczna. Oba zespoły grały dobrze i uważnie. Co ciekawe, jako pierwsi bramce rywali zagrozili przyjezdni. Już w trzeciej minucie na bramkę Abbietiego uderzał Malonga. 60 sekund później w rewanżu Antoniolego zaskoczyć próbował Thiago Silva, a chwilę potem Ambrosini. Żaden z tych strzałów nie znalazł jednak drogi do siatki. Z czasem jednak, ku wielkiemu zaskoczeniu mediolańskich kibiców, przewagę zaczęła osiągać Cesena. Przyjezdni częściej organizowali akcje ofensywne, a aktywnością wśród nich imponował Malonga, który do 20. minuty w sumie trzy razy starał się zaskoczyć golkipera "Rossonerich". Swoich szans, na nieszczęście dla siebie, nie wykorzystali również Scholetto i Budan.
W 23. minucie defensywa miejscowych została osłabiona. Z powodu kontuzji boisko opuścić musiał Nesta. Fakt ten nieoczekiwanie wpłynął motywująco na poczynania formacji ofensywnych lidera Serie A. Sporej ochoty do gry nabrał Robinho, który zmarnował dwie szanse na pokonanie Antoniolego. Nie trafił również Ibrahimović, a Cassano złapany został na spalonym. Cesena nie pozostawała dłużna. Najpierw spudłował Scholetto, a potem przed utratą bramki "Rossonerich" uratował Thiago Silva. Im bliżej końca pierwszej połowy, tym więcej sympatycy futbolu zgromadzeni na San Siro obserwowali niecelnych strzałów. Chybiali Cassano, Robinho i Parolo. Jednak w ostatniej minucie tej części meczu piłka znalazła drogę do siatki. Antybohaterem akcji okazał się Maximiliano Pellegrino, który pokonał własnego bramkarza. Wynik ustalony przez niego utrzymał się do przerwy.
Trener Ceseny musiał mieć sporo pretensji do swoich piłkarzy. Nie dziwił więc fakt, że po wznowieniu gry wytrzymał tylko osiem minut, zanim zdecydował się na zmiany. Boisko opuścili Scholetto i Budan, by ustąpić miejsca Sammarco i Bogdaniemu. Tymczasem zdecydowana przewaga była po stronie Milanu. Zawodnicy Allegriego dominowali, lecz nie potrafili po raz wtóry umieścić piłki w siatce. Wśród "Rossonerich" pudłowali Ambrosini oraz dwukrotnie Ibrahimović. Po krótkiej przerwie związanej z kontuzją Ceccarellego odważniej zaczęła sobie poczynać Cesena. Do sytuacji strzeleckich doszli Caserta i Parolo, lecz ich uderzenia minęły bramkę Abbiatiego. Tym samym zrewanżował się Thiago Silva, a chwilę później zablokowany został Cassano.
Pod koniec spotkań Milan praktycznie nie wypuszczał przeciwnika z własnej połowy. Szczególnie wśród gospodarzy uaktywnił się Robinho. Były gracz Realu Madryt w tej części gry wyrażał sporo chęci na pokonanie Antoniolego. Niemiłosiernie jednak chybiał. Odpowiedzieć na to próbował Sammarco, ale i jemu zabrakło skuteczności. Chwilę po tym kolejną znakomitą okazję na bramkę zmarnował Robinho. Rezultat dopiero w ostatniej minucie gry udało się podwyższyć Zlatanowi Ibrahimoviciowi, który zaliczył w ten sposób swoje dwunaste trafienie w sezonie. Ostatecznie Milan, choć skromnie, pokonał skazywaną na pożarcie Cesenę 2:0.
Sampdoria - Juventus
Dla trenera Juventusu, Luigiego Del Nerego, było to sentymentalne
spotkanie. Szkoleniowiec w zeszłym sezonie doprowadził Sampdorię do
czwartego miejsca w Serie A. Sam mecz był bardzo zacięty. Sędzia
wielokrotnie sięgał po żółte kartki. Najczęściej, aby pokazać je
zawodnikom Juventusu. "Stara Dama" miała sporo sytuacji
podbramkowych. Najgoręcej pod bramką Sampdorii zrobiło się w
ostatnich minutach. Swoje szanse mieli Amauri oraz Del Piero, ale
na wysokości zadania stanął Curci. Gospodarze mogli ten mecz
wygrać, gdyby Giampaolo Pazzini zachował więcej zimnej krwi w
sytuacjach podbramkowych. Mecz był wyrównany, czego
odzwierciedleniem jest sprawiedliwy remis.
Bologna - Lazio
Gospodarze w tym sezonie zostali ukarani odjęciem trzech punktów za
niepłacenie podatku dochodowego. Z tego względu każde punkty są dla
nich na wagę złota. Mecz z Lazio rozpoczął się bardzo źle. Już w 5.
minucie Sergio Floccari dał stołecznej drużynie prowadzenie.
Bologna odpowiedziała dwoma ciosami pomiędzy 36. a 39. minutą.
Trafienia zaliczyli Ramirez oraz Di Vaio. Jeszcze napastnik w
ostatniej minucie zdobył gola, który dobił rzymian. Zatem Lazio nie
zdołało zrehabilitować się za porażkę w Pucharze Włoch.
Fiorentina - Lecce
Lecce chciało udowodnić, że jest drużyną bardzo ambitną. W
poprzednich kolejkach zdołało pokonać Lazio oraz urwać punkty
Milanowi. Dziś wszystko toczyło się po myśli gości. W 29. minucie
Di Michele zdobył pierwszą bramkę w meczu. Wynik mógł się zmienić,
gdyby ten sam zawodnik w 41. minucie wykorzystał rzut karny. Piłka
po uderzeniu Di Michele oznakowała słupek. Dziesięć minut po
przerwie Fiorentina doprowadziła do remisu. Strzelcem bramki został
niezawodny Gilardino. Wynik do końca się nie zmienił i znów Lecce
sprawiło dużą niespodziankę.
Bari - Napoli
Kamil Glik znów dostał szansę od trenera Ventury, ale Polak nie był
w stanie powstrzymać latynoskiego duetu napastników z Napoli. W 38.
minucie swoją pierwszą ligową bramkę od października zdobył
Lavezzi. Na trzy minuty przed końcem dzieła zniszczenia dokonał
Cavani. Już wtedy Bari grało w dziesiątkę, gdyż w 67. minucie
Pairisi obejrzał czerwoną kartkę. Sytuacja gospodarzy w lidze robi
się bardzo dramatyczna.
Chievo - Genoa
Spotkanie drużyn prezentujących najmniej efektowny futbol nie mogło
zakończyć się innym wynikiem, jak bezbramkowy remis. Gra była
bardzo zacięta. Sędzia musiał nawet sięgnąć po czerwony kartonik.
Obejrzał do Cesar w 68. minucie. Remis żadnej z drużyn nie może
satysfakcjonować.