Jeszcze przed rozpoczęciem meczu miało miejsce kilka
interesujących wydarzeń. Pierwsze to ogłoszenie wyjściowego składu.
Pep Guardiola zaskoczył wszystkich: na środku obrony, na miejsce
kontuzjowanego Puyola i zawieszonego Pique, wstawił Sergio
Busquetsa i Erica Abidala. O ile Francuz na stoperze grywa całkiem
często, to dla Katalończyka był to pierwszy poważny sprawdzian na
tej, nietypowej dla siebie, pozycji. Miejsce ciągle odpoczywającego
Messiego, zajął oczywiście Bojan.
Drugim, znacznie donośniejszym wydarzeniem, były obchody wyrównania
przez Xaviego rekordu występów w koszulce Barcelony. Piłkarzom
towarzyszyły wielkie transparenty, przypominające o tym
niewątpliwym sukcesie, a pierwsze kopnięcie w meczu zaliczył syn
(wnuk?) Migueliego, którego 549 spotkań w koszulce "Dumy Katalonii"
miał okazję wyrównać Hernandez.
Trzecim, niestety smutnym wydarzeniem, była minuta ciszy ku czci
zmarłego byłego piłkarza Barcelony.
Od pierwszych minut meczu jasne było, że Levante nie ma zamiaru
grać z Barceloną otwartej piłki. Gracze z Walencji mieli oczywiście
w pamięci niedawne lanie, jakie sprawili im "Królewscy" z Madrytu,
więc na Camp Nou wyszli z ustawieniem defensywnym i nadzieją, że
ugrają bezbramkowy remis. Już po pięciu minutach czujność Reiny
świetnym strzałem z dystansu sprawdził Andres Iniesta. Bramkarz
spisał się bez zarzutu i przeniósł strzał nad poprzeczkę. Kolejne
minuty mijały, a Levante wesoło i bezstresowo broniło się
siedmioma-dziewięcioma graczami. Sfrustrowani piłkarze Barcelony
strzelali nawet z dystansu (David Villa jest świetnym snajperem,
ale strzały zza pola karnego nie są jego mocną stroną). Minął
kwadrans i przyszedł czas na pierwszą akcję ofensywną gości. Ale
jaką! Victor Valdes nagle przypomniał sobie, jaką przyjemność
sprawiało mu podawanie piłki pod nogi rywali i obsłużył gracza
Levante, który posłał futbolówkę do lepiej ustawionego kolegi,
znajdującego się jednak na pozycji spalonej. Wielkie szczęście
Barcelony. Chwilę potem Eric Abidal odebrał rywalowi piłkę w taki
sposób, że niejeden sędzia wskazałby na "jedenastkę" i pozwolił
gościom strzelić pierwszą bramkę w meczu. W 25. minucie świetną
okazję zmarnował Bojan. Przedarł się w bardzo szczęśliwy sposób
przez obronę rywala i przegrał dopiero, gdy znalazł się niemal sam
na sam z Reiną. Piłkę spod jego nóg ofiarną interwencją wybił
"Nano". Dwie minuty później, genialny jak zwykle, Iniesta
wypracował kolejną okazję, którą zmarnował, wpadając w poślizg,
Xavi. Dobijać próbował jeszcze Dani Alves, ale zrobił to w taki
sposób, że bardziej podatni na wpływ teorii spiskowych kibice mogli
pomyśleć, że Brazylijczyk współpracuje z rywalem.
Levante atakowało rzadko, za każdym razem udowadniając, jak wiele
dla drużyny mistrza Hiszpanii znaczy Carles Puyol. Stoperzy obecni
na boisku zachowywali się, jakby plac gry był spowity gęstą mgłą. I
to w obliczu ataków tak słabych napastników! Strach pomyśleć, co by
było, gdyby przeciwko nim stanęła drużyna chociaż trochę
lepsza.
Na pięć minut przed końcem pierwszej połowy świetną okazję, głównie
przez zbytnie umiłowanie szarpania za koszulkę, zmarnował Sergi
Busquets. Sędzia odgwizdał faul, a Katalończyk i tak strzelił. Nie
trafił z czterech metrów. Potem zdobyć gola próbował też drugi
stoper, Eric Abidal. On w bramkę trafił, ale jego strzał ledwo
dotoczył się do Manuela Reiny.
Na sekundy przed gwizdkiem kończącym pierwsze 45 minut meczu, Bojan
zabawił się Ronaldo i w komiczny sposób próbował wymusić rzut
karny. Zdenerwował się na niego "Nano", a sędzia, Perez Lasa,
pokazał obu po żółtej kartce i odesłał wszystkich piłkarzy do
szatni.
Druga połowa szybko dała nam to, czego nie dała pierwsza.
Minutowe, totalne oblężenie bramki Reiny przyniosło wreszcie gola.
Strzelił go Pedro, chociaż równie dobrze mógł go zdobyć Dani Alves,
który jednak przez kilka chwil zastanawiał się, co zrobić. Nie
zrobił nic. Gol Rodrigueza dał Barcelonie zastrzyk energii i
kreatywności. Dodatkowo Pep zdecydował się na zdjęcie z murawy
bezproduktywnego Mascherano i wprowadzenie Thiago Alcantary. Dzięki
temu miejscowi już ostatecznie zdominowali środek pola, spychając
Levante za linię pola karnego.
W 55. minucie kibice przyzwyczajeni do kolejnych akcji Barcelony,
zauważyli, że Jorda oddaje strzał na bramkę Valdesa. Victor
obronił, ale pewnie sam był w szoku - atak na jego bramkę był
ostatnią rzeczą, jakiej się spodziewał. Na wyimaginowanej liście
wyprzedzał go nawet deszcz meteorytów i zdradziecki atak Ikera
Casillasa przebranego za Johana Cruyffa. Casillas się nie
pojawił.
Pojawił się za to kolejny gol. Znów Pedro, znów asysta Daniego
Alvesa. Trafienie ładne, z okolicy końca pola karnego. Rozgrywający
wielkie zawody w pierwszej połowie, Juanlu, wyraźnie się pogubił,
pozwalając rywalom na zdecydowanie zbyt wiele.
W 67. minucie Pedro trafił w poprzeczkę po świetnym podaniu Thiago.
Pochodzący z Wysp Kanaryjskich skrzydłowy rozgrywał wielkie zawody
i hattrick byłby ich doskonałym ukoronowaniem.
Dwie minuty później trzecią asystę powinien mieć Dani. Gola mógł
strzelić, rzecz jasna, "Pedrito". Barcelona pokazała, że potrafi
grac z kontry, a "Pedrito", że dwumetrowa noga byłaby dobrym
rozwiązaniem. Na kilkanaście minut przed końcem meczu mogliśmy
zobaczyć, jak bardzo zależy Davidowi Villi na strzeleniu gola.
Asturyjczyk niemal na kolanach przedzierał się przez zasieki
obronne Levante. Nie przedarł się.
Jedna kontra wystarczyła i zrobiło się 2:1. Całkiem ładną bramkę
zdobył Stuani, lekko podłamując Barcelonę i dodając skrzydeł
Levante. Drużyna z Walencji wreszcie zaczęła robić coś, co można
określić jako budowanie akcji. "Barca" też atakowała, ale bez
przekonania. Dwie, po prostu doskonałe, okazje zmarnował Dani
Alves.
Ostatnie chwile spotkania to totalna gra na czas Barcelony i
desperacja Levante. Nawet bramkarz przyjezdnych zapuścił się w pole
karne Valdesa.
Barcelona wygrała, ale nie zachwyciła. Znów przez długie minuty widzieliśmy, jak wali głową w mur. Tylko doskonała forma Pedro sprawiła, że obyło się bez sensacji.
W rozegranym dwie godziny wcześniej meczu Athletic Bilbao uległ na własnym stadionie Deportivo La Coruna 1:2. Dublet ustrzelił Adrian, a honorowe trafienie dla Basków zaliczył, powracający po kontuzji, Fernando Llorente. Na San Mames widzowie obejrzeli brutalne widowisko, okraszone aż trzema czerwonymi kartkami. Dostali je San Jose i Ustaritz oraz Rodriguez.
Spotkanie na Estadio Mestalla miało być meczem o sześć punktów, gdyż drużyny zajmowały przed tym spotkaniem odpowiednio czwartą i piątą pozycję w ligowej tabeli, z identycznym dorobkiem punktowym. Spotkanie to miało dać także odpowiedź, o co tak naprawdę będą walczyć obie ekipy w tym sezonie - utrata punktów na korzyść rywala w bezpośrednim starciu mogła być bardzo trudna do odrobienia. Ciężko było wskazać faworyta - w ekipie gospodarzy wystąpiła istna plaga kontuzji, która wyeliminowała z gry m.in. kapitana Navarro, Soldado, Tino Costę, Albedę czy Cesara, jednak "Nietoperze" dysponują świetną ławką. Takiego dobrobytu zmienników nie ma natomiast trener Pochettino, który do meczowej kadry musiał włączyć zawodników z drużyny rezerw, a dodatkowo przegrał w tym sezonie aż pięć spotkań na wyjeździe.
Mecz zdecydowanie lepiej rozpoczęli gracze w biało-czarnych strojach, dominując przez pierwsze minuty spotkania - mało brakowało, a już w piątej minucie "Los Che" na prowadzenie wyprowadziłby Pablo, jednak jego uderzenie z ponad dwudziestu metrów bez problemów obronił Kameni. W dwunastej minucie na wygiętą nogę upadł jeden z czołowych zawodników Espanyolu, Osvaldo, i pomimo prób masażystów, kilka minut później musiał opuścić boisko. W międzyczasie kolejną groźną akcję przeprowadzili gospodarze - po podaniu Maty, przy braku swojego partnera w ataku, odpowiedzialny za strzelanie goli w tym spotkaniu, Aduriz, uderzył z kilkunastu metrów na bramkę strzeżoną przez Kameniego, ale Kameruńczyk fantastycznie odbił ten strzał.
Swoją pierwszą sytuację goście stworzyli sobie w 26. minucie, kiedy płaski strzał Javi Marqueza na rzut rożny zdołał sparować Guaita - bramkarz z Walencji pokazuje takimi interwencjami, że pomimo młodego wieku jest gotów zostać pierwszym golkiperem zespołu z Estadio Mestalla. W 28. minucie sędzia Gonzalez podjął bardzo kontrowersyjną decyzję, kiedy to nie podyktował rzutu karnego po ewidentnym faulu Kameniego na Adurizie - Kameruńczyk wszedł bezpardonowo w nogi Hiszpana, który zdążył już minąć bramkarza. Sędzia jednak, ku zaskoczeniu nawet samego winnego, wskazał tylko na rzut rożny. Sprawdziło się jednak stare powiedzenie, że co się odwlecze, to nie uciecze - sekundy później po dośrodkowaniu Joaquina wysoko wyskoczył właśnie Aduriz i strzałem głową posłał piłkę na długi słupek, nie dając szans na skuteczną interwencję. Może, gdyby jeden z obrońców krył dalszy słupek, to ten gol by nie padł, jednak fakt pozostał faktem i piłkarze ze stolicy Katalonii musieli wznawiać grę od środka boiska, a Valencia potwierdziła swoją przewagę w tym spotkaniu.
Ekipa gospodarzy po objęciu prowadzenia zdecydowanie obniżyła tempo meczu, czekając na kontry rywala, przez co mocno ucierpiała widowiskowość tego spotkania, gdyż goście wcale nie spieszyli się z wyrównaniem. Szczęście jednak nie sprzyjało gospodarzom w tym spotkaniu, gdyż tuż przed przerwą dość niespodziewanie padło wyrównanie. Po minięciu Mathieu, Callejon zdecydował się na dośrodkowanie, które niefortunnie przeciął Ricardo Costa i pięknym szczupakiem posłał piłkę do siatki zaskoczonego Guaity. Pechowemu strzelcowi gola ciężko byłoby oddać taki strzał pod bramką rywala, przed własnym polem karnym ta sztuka jednak niestety się powiodła i chwilę później sędzia zakończył pierwszą część spotkania.
Pierwsza połowa przebiegała pod wyraźne dyktando gospodarzy, którzy spowolnili grę po strzeleniu pierwszego gola i kiedy wydawało się, że niezagrożeni dowiozą prowadzenie do przerwy, gol wyrównujący zepsuł zapewne taktykę Unaia Emery'ego na resztę tego spotkania. Druga połowa zaczęła się niemal jak kopia pierwszych minut - znowu kolejne akcje konstruowała Valencia, a Espanyol grał tak, jakby zadowalał go remis w tym spotkaniu. Pierwszą groźną akcję w drugiej części meczu stworzyli sobie goście - w 56. minucie, naciskany przez Stankeviciusa, Alvaro nie był w stanie dobić piłki do siatki z kilku metrów, a minutę później miała miejsce sytuacja kuriozum. Przy tradycyjnym przepychaniu się zawodników przed wykonaniem rzutu wolnego, Aduriz uderzył lekko łokciem Chikę w rękę, a ten upadł na murawę jak po uderzeniu boksera - zdecydowanie więcej było w tym teatru niż rzeczywistego bólu. Nie zmieniło to faktu, że za niepohamowanie swoich emocji napastnik został ukarany bardzo dyskusyjną czerwoną kartką i odesłany do szatni.
Każdy, kto zakładał, że to wydarzenie będzie punktem przełomowym w tym spotkaniu, niestety się pomylił - zupełnie niezrażona grą bez swojego napastnika Valencia kontynuowała natarcie na bramkę. Espanyol liczył natomiast na skuteczne kontry i bardzo mało brakowało, a w 69. minucie osiągnąłby swój cel - Callejon otrzymał podanie po prawej stronie, wbiegł w pole karne i oddał mocny strzał zmierzający w dalszy narożnik bramki. Fantastycznym refleksem popisał się Guaita, wyczekał strzelca do samego końca, po czym jedną ręką wybronił tę sytuację sam na sam - tylko i wyłącznie jemu kibice zgromadzeni na Estadio Mestalla mogli zawdzięczać, że na tablicy wyników wciąż widniał remis.
Pomimo tak wyraźnego ostrzeżenia, "Nietoperze" nie zamierzały odpuszczać tego spotkania - świetną sytuację stworzył w 83. minucie Juan Mata, który na lewej stronie niemal wkręcił w ziemię obrońcę i odegrał wzdłuż linii bramkowej do świetnie wbiegającego Pablo, którego strzał zablokował jednak Didac, Gdyby nie jego interwencja, z odległości jednego metra, Pablo nie mógłby się pomylić. W ostatnich minutach to w końcu goście przypomnieli sobie, że grają w przewadze i wciąż zostało w nich dość sił, żeby pokusić się o wygranie tego ważnego meczu - bardzo aktywni byli zwłaszcza Verdu i Luis Garcia, którzy po indywidualnych akcjach próbowali pokonać Guaitę.
W ostatniej akcji meczu sprawiedliwości stało się jednak zadość i bardzo przeciętnie grający Espanyol został ukarany. Krótko rozegrany rzut rożny trafił do znajdującego się przed polem karnym Pablo, który natychmiast podał piłkę nad linią obrony do znajdującego się na lewej stronie, Ricardo Costy, a ten odegrał ją natychmiast głową do przebywającego na przynajmniej metrowym spalonym Juana Maty, który strzałem głową umieścił piłkę w siatce. To wyraźnie nie był dzień sędziów. Po tym golu Mata utonął w objęciach kolegów, a arbiter zakończył ten dość przeciętny spektakl, w którym Valencia całkiem zasłużenie pokonała Espanyol 2:1 i odskoczyła swoim rywalom o trzy punkty.