Lepszego początku lider zaplecza Ekstraklasy wymarzyć sobie nie
mógł. Już w 10. minucie łodzianie wyszli na prowadzenie. Smoliński
dośrodkował z prawego skrzydła w pole karne, Ciarkowski nie
upilnował Gieragi, a ten bezlitośnie wykorzystał błąd obrońcy
Floty, pokonując z bliska Żukowskiego.
Po stracie bramki gospodarze natychmiast ruszyli do odrabiania
strat. Kwadrans po rozpoczęciu gry Nwaogu zagrał piłkę w pole karne
do Arifovicia, ale ten z kilku metrów strzelił wprost w golkipera
gości. W 35. minucie Nigeryjczyk umieścił przewrotką piłkę w
siatce, jednak sędzia bramki nie uznał. Według arbitra Nigeryjczyk
faulował w tej sytuacji bramkarza ŁKS-u.
Co się odwlecze, to nie uciecze. W 39. minucie w roli głównej
ponownie wystąpił duet Nwaogu - Arifović. Pierwszy z nich przedarł
się przy linii bramkowej przez dwóch obrońców, wystawił futbolówkę
do nadbiegającego kolegi, a ten bez problemów skierował ją do
pustej bramki. Flota mogła jeszcze przed zejściem do szatni objąć
prowadzenie, ale Arifović minimalnie chybił strzałem głową po
dośrodkowaniu Krajanowskiego.
Początek drugiej odsłony to w dalszym ciągu ataki gospodarzy. Raz
po raz defensywę ŁKS-u niepokoił Nwaogu. Mimo że inicjatywa
należała do miejscowych, to goście pierwsi stworzyli sobie
stuprocentową okazję. W 66. minucie Mięciel odegrał piłkę do
Gieragi, który mając przed sobie praktycznie pustą bramkę, posłał
piłkę obok słupka. Na ripostę Floty nie trzeba było długo czekać.
120 sekund później groźne uderzenie głową Ciarkowskiego z
problemami obronił Wyparło.
W 73. minucie Kujawa posłał strzał nad niepotrzebnie wychodzącym z
bramki Żukowskim, ale uderzenie było zbyt lekkie, aby futbolówka
wpadła do siatki. Chwilę później szczęście znów uśmiechnęło się do
graczy Floty. Płaski strzał Romańczuka z rzutu wolnego otarł się o
nogę Niewiady i trafił tylko w słupek. W 84. minucie prawdziwe
wejście smoka mógł zaliczyć Magdziński, lecz minimalnie chybił
strzałem głową. W końcówce nacierała Flota, ale nie zdołała zadać
decydującego ciosu. W konsekwencji mecz zakończył się podziałem
punktów.
Wicelider I ligi początku spotkania nie zaliczy do udanych. Już
w 4. minucie Richarda Zajaca zaskoczył Mateusz Cieluch, z którego
dośrodkowania wyszedł... strzał. Podopieczni Rafała Góraka po
zdobyciu bramki skupili się na grze w defensywie, która w pierwszej
połowie wychodziła im dobrze. Wprawdzie bielszczanie stwarzali
sobie sytuacje do zdobycia bramki, jednak na przeszkodzie stawał
dobrze dysponowany Seweryn Kiełpin. Kilka dobrych okazji w odstępie
10 minut zmarnował Robert Demjan, który w tym sezonie zdobył osiem
bramek dla "Górali".
Słowak jako pierwszy oddał groźny strzał po wznowieniu gry w
drugiej połowie w 49. minucie po ładnej indywidualnej akcji.
Napór Podbeskidzia rósł z minuty na minutę, czego efektem była bramka wyrównująca w 62. minucie. Niemal cała drużyna Ruchu, która zgromadziła się we własnym polu karnym, by oddalić zagrożenie z autu, nie uporała się z Piotrem Komanem, który po wrzucie Górkiewicza z najbliższej odległości trafił do siatki. Podopieczni Roberta Kasperczyka stwarzali sobie kolejne dogodne sytuacje, jednak niewiele brakło, a w 77. minucie znowu przegrywali. Tym razem jednak Suker, który otrzymał prostopadłe podanie od Jarki, strzelił ponad poprzeczkę. Końcówka należała już jednak do gospodarzy, a szczególnie do Macieja Rogalskiego, który na trzy minuty przed końcem potężnym strzałem zapewnił gospodarzom komplet punktów.
Podbeskidzie Bielsko-Biała dzięki wygranej z Ruchem umocniło się na drugiej pozycji w tabeli. "Górale" do liderującego ŁKS-u tracą już tylko punkt i prawdopodobnie te dwa zespoły oraz zajmujący trzecie miejsce Piast, który pokonał u siebie Termalikę, powalczą na wiosnę o awans do Ekstraklasy.