Górnik wygrał Wielkie Derby Śląska

Drużyna Górnika Zabrze pokonała Ruchu Chorzów w niedzielnym spotkaniu Ekstraklasy 1:0. Śląski klasyk nie był porywającym widowiskiem, ale fani zobaczyli sporo walki.

Pierwsze 15 minut w wykonaniu gospodarzy było próbą zamknięcia drużyny Ruchu na połowie boiska; szczególnie aktywnie w zespole Górnika byli Grzegorz Bonin i Tomasz Zahorski. Akcje przeprowadzane skrzydłami były zatrzymywane przez Macieja Sadloka, więcej kłopotów miał z górnikami Krzysztof Nykiel, który w 20. minucie w niegroźnej sytuacji otrzymał żółtą kartkę. Goście dopiero w 16. minucie otrząsnęli się i skontrowali gospodarzy, strzałem z 30 metrów popisał się Grzegorz Bronowicki. W 23. minucie kibicom Niebieskich przypomniał się Piotr Gierczak, który brutalnie faulował, ale sędzia nie ukarał gracza karą indywidualną.

Po 30 minutach gry Górnik Zabrze miał pierwszą setkę. W polu karnym bardzo dobrze zachował się Bonin, który przejął piłkę i z ostrego kąta strzelił. Bramkarz Ruchu, Krzysztof Pilarz instynktownie zatrzymał futbolówkę i skierował ją za boczną linię. W tym okresie gry zawodnicy Ruchu zatracili rytm. Górnik przeciwnie. Zaledwie kilkanaście sekund później strzał z 25 metrów oddał Kwiek, ale wynik nadal pozostawał bez zmian.

Od 35 minuty gra toczyła się w środkowej strefie boiska. Górnik przeważał i próbował konstruować akcję ofensywne. Ruch koncentrował się na defensywie, Sebastian Olszar i Arkadiusz Piech częściej tracili piłki niż przekazywali je na skrzydła. Dopiero w 39. minucie gry Bronowicki otrzymał kapitalne podanie na skrzydło od Łukasza Janoszki, wbiegł w pole karne Górnika i strzelił z fałszu, ale Stachowiak uchronił swój zespół przed utratą bramki. Dwie minuty Janoszka otrzymał w polu karnym piłkę od Wojciecha Grzyba i zamiast strzelać, przyjmował futbolówkę, która odskoczyła u od nogi.

Drugie 45 minut obie jedenastki rozpoczęła w takich samych zestawieniach. Jednakże w początkowych minutach to Ruchu dominował, ale grał bez przekonania, próbując ominąć rosłych obrońców Górnika zagraniami z górnej piłki. Gospodarze nie potrafili przez dłuższy czas odzyskać inicjatywy, dopiero w 54. minucie przed szansą zdobycia bramki stanął Gierczak, ale nie potrafił z trzech metrów skierować piłki do siatki. W kolejnych minutach każdy zespół grał coraz odważniej.

W 62. minucie Grodzicki przebiegł blisko 50 metrów boiska i zamiast strzelić posłał piłkę poza linię boczną. Górnik coraz częściej przyjmował zawodników Ruchu na swojej połowie, ale nie wyprowadzał kontr. Dopiero w 82. minucie kibice w Zabrzu mogli odetchnąć z ulgą. Sędzia podyktował rzut wolny w odległości 18 metrów od bramki Pilarza. Do piłki podszedł Magiera i Bonin. Uderzył ten pierwszy i zdobył zwycięską bramkę dla zabrzan. Ruch do końca spotkania walczył o wyrównanie, ale wprowadzony za Piecha Jankowski marnował wyborną okazję w 83. minucie. Kolejne minuty to dominacja gości, którzy jednak nie potrafili znaleźć sposobu na linię obrońców Górnika ustawioną na szesnastym metrze.
 

Zwycięski debiut Maaskanta

Robert Maaskant niedawno został mianowany nowym szkoleniowcem "Białej Gwiazdy". W pierwszym oficjalnym meczu Holendra w polskiej Ekstraklasie prowadzona przez niego Wisła Kraków pokonała Polonię Bytom 2:1.

Początek spotkania na Suchych Stawach nie zapowiadał ciekawego spotkania. Obie drużyny nie stwarzały sobie dogodnych sytuacji podbramkowych. Jako pierwszy strzelał w czwartej minucie strzelał Matawu, jednak jego uderzenie bez żadnych problemów obronił Pawełek. Dziesieć minut później do głosu doszli gospodarze - po rajdzie Sobolewskiego z lewej strony strzelał Dragan Paljić, jednak piłka poszybowała nad bramką.

Prowadzeni przez Roberta Maaskanta krakowianie zaczęli coraz bardziej dominować na boisku, czego efektem była pierwsza bramka.  W 20. minucie po ładnej kontrze podanie Paljicia na bramkę zamienił Patryk Małecki. Podopieczni Jurija Szatałowa próbowali natychmiastowo wyrównać, jednak uderzenia Matawu, Sawali i Mysony z wolnego były niecelne. Ambicja bytomian jednak opłaciła się i na trzy minuty przed końcem pierwszej odsłony po dośrodkowaniu Michala Hanka wyrównał Matawu.

Jako pierwszy sygnał do ataku "Białej Gwiazdy" dał Rios, który w 47. minucie główkował po dośrodkowaniu Paljicia. Argentyńczyk na listę strzelców próbował się wpisać kilka minut później, jednak ponownie górą był eks-wiślak - Marcin Juszczyk. W 53. minucie wybronił już trzeci strzał Riosa, jednak przy dobitce Żurawskiego był bezradny.

Po zdobytej bramce Wiślacy nie oddawali inicjatywy - najpierw w ofensywie bardzo widoczny był Małecki, a około kwadransa przed końcem ładną szarżą popisał się Paljić, który został zatrzymany po minięciu kilku zawodników śląskiego klubu. Na boisku jednak częściej widywane były niedokładne zagrania, aniżeli sytuacje bramkowe. Goście nielicznie atakowali bramkę Pawełka, niestwarzając poważniejszego zagrożenia. Na dwie minuty przed końcem po "klepce" z Brożkiem w stuprocentowej sytuacji spudłował Rios.

Wisła odniosła tym samym trzecie ligowe zwycięstwo w tym sezonie. Powodów do radości nie ma natomiast Jurij Szatałow, po czterech kolejkach ma tylko punkt. Bytomianie w tabeli wyprzedzają jedynie Cracovię.
 



Trzy punkty zostają w Białymstoku

Po dwóch bramkach najskuteczniejszego duetu Jagiellonii, gospodarze wygrywają z Lechem Poznań 2:0. Wynik otworzył Tomasz Frankowski, a zamknął Kamil Grosicki. Drugi z zawodników gospodarzy dołożył także asystę.

Mecz od początku nie obfitował w sytuacje podbramkowe, a gra toczyła się głównie w strefie śrowkowej. Nawet strzały z dystansu nie przynosiły spodziewanego efektu, po których piłka nawet nie leciała w światło bramki. Groźną okazją okazało się mocne dośrodkowanie Burkhardta w pole karne gości, kiedy piłka minęła wszystkich zawodników, ale Burić nie dał się zaskoczyć.

Znakomitą akcję na prawej flance rozpoczął Jarosław Lato, który ruszył wzdłuż linii i po kilku metrach rajdu zdecydował się na dośrodkowanie. Do piłki doszedł Tomasz Kupisz, który końcem buta uderzył piłkę bardzo groźnie, jednak na tyle niedokładnie, że tak przeleciała obok słupka bramki Buricia. Tuż przed przerwą, bez przyjęcia na strzał zza pola karnego Sandomierskiego zdecydował się Peszko, ale strzał reprezentanta Polski okazał się niecelny.

Można pokusić się o stwierdzenie, że zespoły spisywały się bardzo dobrze w defensywie, stąd niewielka ilość okazji do wyjścia na prowadzenie. Dodatkowo, trzeba także wspomnieć o całkiem sporej ilości fauli, które rekompensowały niedostatek akcji bramkowych. Do przerwy obydwa zespoły skutecznie wywiązywały się ze swoich założeń taktycznych w strefie obronnej.

Druga połowa rozpoczęła się od groźnego ataku Kascelana na Henriquezie. Zawodnik Jagiellonii nie otrzymał żółtej kartki, która w konsekwencji byłaby czerwoną, choć powtórki pokazały, że atakował wyprostowaną nogą piszczel Panamczyka. Wprowadzenie tuż po przerwie do gry Grosickiego dodało dynamiki skrzydłom Jagiellonii. Odpowiedzią trenera Jacka Zielińskiego było wpuszczenie na plac gry Jacka Kiełba, który zmienił Siergieja Kriwieca.

Lechici rozegrali ładną kombinacyjną akcję w 66. minucie, kiedy z piłką w stronę pola karnego Sandomierskiego ruszył Stilić. Rozgrywający "Kolejorza" oddał futbolówkę Kikutowi, który ze środka pola przeniósł grę na lewą stronę, posyłając podanie do Peszki. Skrzydłowy gości w dobrej sytuacji oddał strzał, ale powołany przez Franciszka Smudę Grzegorz Sandomierski wyszedł z tego pojedynku obronną ręką.

Chwilę później Jagiellonia otworzyła wynik, jednak gol zdobyty przez Grosickiego został niezunany, gdyż gracz gospodarzy w momencie podania był na pozycji spalonej. Co nie udało się w ostatniej akcji, udało się parę minut później. Grosicki przedzierał się sukcesywnie przez kolejnych obrońców Lecha, a swój rajd zakończył podaniem do Frankowskiego. Popularny "Franek" nie zwykł marnować takich okazji i pokonał Buricia, otwierając wynik meczu.

Sporo kontrowersji wzbudził na kwadrans przed końcem sędzia główny spotkania, kiedy pokazał drugą żółtą kartkę Manuelowi Arboledzie. Nie byłoby w tej sytuacji nic dziwnego, gdyby nie faul drugi faul Kascelana na Henriquezie, za który gracz "Jagi" kartki nie zobaczył. Dodatkowo, z ławki Lecha został usunięty na trybuny trener Łukasz Mowlik.

Napór Jagiellonii wzrastał, czego efektem była akcja z 80. minuty. Dryblujący w prawym narożniku pola karnego Grosicki oddał strzał, po którym piłka trafiła na drugą stronę boiska. Wystawioną futbolówkę przed pole karne mocno uderzył Norambuena, ale Buriciowi na pomoc przyszła poprzeczka.

Gospodarze dobili jedyny zespół występujący w rozgrywkach europejskich w 88. minucie, kiedy Norambuena dośrodkował świetną piłkę wprost na głowę Grosickiego. Popularny "Grosik" oddał znakomity strzał głową, a każdy z lechitów miał wrażenie, że piłka nie zmierza w światło bramki. Podopieczni Probierza mieli jeszcze szansę polepszenia dorobku bramkowego w doliczonym czasie gry, kiedy Kijanskas z pięciu metrów oddał strzał głową, ale piłka trafiła w ręce Buricia.