Widzew Łódź już od pierwszej minuty pokazał, że w ich grze nie będzie respektu dla rywala. Na początku meczu pokonać bramkarza trzykrotnie próbował aktywny Sernas, jednak jego uderzenia nie znalazły drogi do siatki - raz strzelił wprost w ręce Buricia, dwukrotnie posyłał piłkę ponad bramką. Grę łodzian, motywowanych dopingiem publiczności, charakteryzował wysoki pressing oraz skłonność do kombinacyjnych akcji.
Lech Poznań pierwszy strzał oddał dopiero w 16. minucie, lecz uderzenie Jakuba Wilka okazało się niecelne. Dwie minuty później zdobyć bramkę głową próbował Peszko, jednak bezbłędną interwencją popisał się Mielcarz. W odpowiedzi w 20. minucie z narożnika pola karnego niecelnie uderzał Durić. Cztery minuty później śladami Peszki poszedł Kriwiec oraz Bosacki, lecz ich strzały głową nie znalazły drogi do bramki. Uderzali z dystansu również Stilić, Wilk oraz Peszko, ale ich strzały był dalekie od ideału. Lech przejął inicjatywę atakując pozycyjnie, jednak nie potrafił tego udokumentować.
Drugą połowę obie drużyny rozpoczęły od wymiany ciosów. Futbolówka często przenosiła się spod jednej bramki do drugiej, lecz w akcjach łodzian i poznaniaków brakowało zazwyczaj ostatniego podania. W 56. minucie na placu gry pojawił się nowy nabytek Lecha - Artjoms Rudnevs - zmieniając będącego w fatalnej formie Stilicia, który w tym meczu był cieniem samego siebie. W 60. minucie strzał głową z pola karnego oddał Bartosz Bosacki. Uderzenie przeszło obok bramki, a obrońca Lecha zderzył się ze zbyt późno próbującym interweniować Ukahem i został przewieziony do szpitala. Kapitan "Kolejorza" nie mógł podnieść się z murawy o własnych siłach, był nieprzytomny i miał rozbitą głowę. W miejsce byłego reprezentanta Polski na placu gry pojawił się Marcin Kikut.
W 77. minucie lekcję z meczu Lecha z Jagiellonią o Superpuchar wyciągnął Rudnevs, który w bardzo podobny sposób do Frankowskiego uderzył głową po podaniu Peszki. Łotysz strzelający z miejsca nie dał szans Mielcarzowi, który nawet się nie ruszył z zamiarem interwencji. Piłka wpadła wprost w okienko, a Rudnevs może się cieszyć ze znakomitego debiutu.
Po utracie bramki do ataku ruszył Widzew Łódź. Kibice nie musieli długo czekać na wyrównanie. W 84. minucie byliśmy świadkami zamieszania w polu karnym "Kolejorza". Piłkarze sygnalizowali rzut karny, jednak sędzia nie gwizdał. Piłka po niefrasobliwym wybiciu Wojtkowiaka znalazła się pod nogami Sarvasa, który mocnym strzałem sprzed pola karnego uderzył w środek bramki. Futbolówka, która minęła tłok, jaki zrobił się w polu bramkowym, przeszła po ręce Buricia i ocierając się po drodze o słupek przekroczyła linię bramkową.
W końcówce spotkania żadną z drużyn nie zadowalał remis. Obie ekipy próbowały zmienić wynik głównie strzałami z dystansu, jednak żaden z nich nie znalazł drogi do bramki.
Z wyniku mogą być zadowoleni piłkarze Widzewa, którzy przed
spotkaniem nie byli stawiani w roli faworyta, jednak w pełni
zasłużyli na remis. Miejmy nadzieję, że do zdrowia wróci Bartosz
Bosacki.
Początek spotkania był spokojny w wykonaniu obu drużyn. Gra
toczyła się głównie w środku pola i brakowało sytuacji
podbramkowych. Aktywny w pierwszym fragmencie gry był Korzym. W 14.
minucie Sobolewski zdecydował się na strzał z pierwszej piłki
sprzed pola karnego, jednak jego mocne uderzenie przeleciało nad
poprzeczką. Niespełna 60 sekund później po główce Tataja futbolówka
odbiła się od Horvatha i omal nie wpadła do bramki Zagłębia.
Goście sporadycznie przeprowadzali akcje ofensywne, koncentrując
się głównie na defensywie. W 26. minucie Tataj znalazł się w
sytuacji sam na sam z Isailoviciem, jednak posłał piłkę obok
słupka, czym wywołał jęk zawodu na trybunach. Chwilę później
Niedzielan wyłożył futbolówkę do wbiegającego Lecha, który nie
zdołał wpakować jej do siatki.
Kielczanie wykorzystywali nerwową grę lubinian, stwarzając sobie
dogodne sytuacje do strzelenia bramki, ale nie potrafili
udokumentować swojej przewagi golem. Podopieczni Marcina Sasala
mogli objąć prowadzenie po uderzeniu Korzyma, jednak pozyskany w
letnim okienku transferowym piłkarz trafił tylko w boczną
siatkę.
Kilka chwil po rozpoczęciu drugiej połowy Kuzera ostro
zaatakował w polu karnym Wilczka, ale sędzia nie podyktował rzutu
karnego dla przyjezdnych. Gospodarze w dalszym ciągu mieli
inicjatywę w tym spotkaniu. W 55. minucie Tataj i Lech zagrozili
bramce Isailovicia, jednak w obu przypadkach zabrakło
szczęścia.
Korona dopięła swego w 66. minucie za sprawą Niedzielana.
Sobolewski dośrodkował piłkę z prawego skrzydła na długi słupek, a
były snajper Ruchu z ostrego kąta skierował ją między nogami
bramkarza Zagłębia. Podopieczni Marka Bajora dosyć szybko
doprowadzili do wyrównania. Po centrze z rzutu rożnego strzał
Horvatha z linii bramkowej wybił jeden z kieleckich piłkarzy, ale
futbolówkę z bliskiej odległości do siatki wpakował Bartczak.
W 81. minucie Edi stanął oko w oko z Isailoviciem, jednak górą w
tym pojedynku był bramkarz lubinian. Do końca spotkania wynik nie
uległ zmianie i oba zespoły podzieliły się punktami. Korona
sprawiała wrażenie drużyny lepszej, ale niewykorzystane sytuacje
zemściły się na podopiecznych Marcina Sasala.
Drużynę Wisły w spotkaniu inaugurującym rozgrywki ligowe poprowadził Tomasz Kulawik, który w klubie zajmuje się trenowaniem zespołu Młodej Ekstraklasy.
W porównaniu z ostatnim spotkaniem z Qarabagiem, na boisku od pierwszej minuty na ławce zaczęli m.in. Żurawski, Boguski czy Milan Jovanić. Do gry w ich miejsce tymczasowy trener "Białej Gwiazdy" desygnował Mariusza Pawełka oraz Kamila Rado. 20-letni prawy pomocnik zadebiutował tym samym w drużynie wicemistrza Polski.
Wisła zaczęła wprawdzie niemrawo, jednak z biegiem czasu przejęła kontrolę nad wydarzeniami boiskowymi. Pierwszą dogodną sytuację krakowianie stworzyli w 20. minucie, kiedy to po strzale Sobolewskiego uderzenie na rzut rożny sparował Witkowski. Kapitan Wisły chwilę później, po przebiegnięciu 30 metrów, świetnie w tempo podał do Pawła Brożka, który przegrał pojedynek sam na sam z bramkarzem gości. Niedługo potem grający na Suchych Stawach gospodarze objęli prowadzenie, kiedy to Małecki dobił z kilku metrów uderzenie Kirma. Swoją obecność na boisku zaznaczył w 39. minucie Rado, którego groźny strzał z trudem wybronił Witkowski. Szansę na wyrównanie mieli także "Żółto-niebiescy", jednak podczas uderzenia głową Zawistowskiego skutecznie interweniował Pawełek.
Tuż po wznowieniu bardzo groźną sytuację stworzyli sobie gdynianie. Oko w oko z Mariuszem Pawełkiem stanął Bozok, jednak testowany niegdyś pod Wawelem zawodnik nie zdołał pokonać bramkarza "Białej Gwiazdy". Podopieczni Dariusza Pasieki zwietrzyli swoją szansę i coraz częściej zapędzali się pod bramkę krakowian. W 62. minucie po raz kolejny w sytuacji sam na sam górą był Mariusz Pawełek, który obronił uderzenie Burkhardta. Gdynian w drugiej połowie nękał Rafał Boguski. 26-letni napastnik najpierw po ładnej kontrze i podaniu Kirma strzelił technicznie po ziemi, jednak uderzenie to nie sprawiło problemów strzegącemu bramki Arki Witkowskiemu. Kilka minut później, po przełożeniu piłki na drugą nogę, strzelił tuż obok słupka. W 70. minucie najaktywniejszy w zespole krakowian, Małecki, minął bramkarza gości, jednak zmierzającą do pustej bramki piłkę po jego uderzeniu ofiarną interwencją z linii bramkowej wybił Bruma.
Wiślacy grali dosyć niemrawo, jednak "Arkowcy" nie zdołali wykorzystać słabej dyspozycji podłamanej po kompromitacji w Baku drużyny 12-krotnego mistrza Polski.
W końcówce piłkarze "Białej Gwiazdy" mogli pokusić się o podwyższenie rezultatu - raz Małeckiego uprzedził Witkowski, chwilę później zbyt daleko piłkę wypuścił sobie Boguski, zaś tuż przed końcem regulaminowych 90 minut, mocne uderzenie "Małego" sparował Witkowski.
Początek spotkania należał do gdańszczan, którzy dłużej
utrzymywali się przy piłce. W 6. minucie Deleu zdecydował się na
uderzenie z 40 metrów pod poprzeczkę bramki Pilarza, ale ten nie
dał się zaskoczyć i wypiąstkował piłkę na rzut różny. Lechia
kontrolowała przebieg wydarzeń na boisku, jednak nic z tej przewagi
nie wynikało.
W 21. minucie Straka otrzymał żółtą kartkę za faul na Wiśniewskim
tuż przed polem karnym. Sam poszkodowany wykonał rzut wolny, lecz
po raz kolejny na posterunku stał Pilarz. "Niebiescy" skupili się
na rozbijaniu ataków miejscowych, ograniczając się jedynie do
kontrataków.
Lechia grała agresywnie i wykazywała się dużą determinacją. W 37.
minucie po rajdzie Deleu, Lukjanovs zagrał piłkę wzdłuż bramki, ale
Dawidowski jej nie sięgnął. W pierwszej połowie kibice nie ujrzeli
żadnego gola, głównie ze względu na słabą skuteczność
gdańszczan.
Po powrocie piłkarzy z szatni inicjatywę przejął Ruch, ale to
Lechia była bliżej objęcia prowadzenia. Po świetnym rajdzie
Lukjanovsa na lewym skrzydle, Dawidowski próbował zewnętrzną
częścią stopy skierować piłkę do bramki, jednak zrobił to
niedokładnie.
W 57. minucie Zając zablokował futbolówkę ręką w polu karnym po
strzale Nowaka, ale sędzia wskazał tylko na rzut rożny. Dogodną
sytuację do zdobycia bramki miał również Bajić, który po
dośrodkowaniu z rzutu wolnego wyskoczył najwyżej do piłki, jednak
uderzył obok słupka.
Serb po raz kolejny stanął przed szansą na trafienie do bramki w
76. minucie, gdy po rzucie rożnym główkował prosto w Pilarza.
Chwilę później Deleu wbiegł w pole karne chorzowian, lecz jego
mocny strzał wylądował tylko w bocznej siatce. W doliczonym czasie
gry Dawidowski przelobował Pilarza, który niepotrzebnie wyszedł z
bramki, ale futbolówka wylądowała poza placem gry. Do końca
spotkania wynik nie uległ zmianie. Gospodarze mają czego żałować,
bo przy lepszej skuteczności mogli zainaugurować sezon
zwycięstwem.