Przed meczem wskazanie zdecydowanego faworyta do zgarnięcia złotego medalu wydawało się bardzo ciężkie. Zarówno Egipt, jak i Ghana w drodze do finału wyeliminowały bardzo silnych przeciwników. Nieco więcej szans przemawiało jednak za dotychczasowymi mistrzami Czarnego Lądu. We wszystkich rozegranych w Angoli meczach „Faraonowie” schodzili w glorii zwycięzców. Jednak to oni znajdowali się pod większą presją wyniku. Kibice nad Nilem oczekiwali w końcu od nich trzeciego z rzędu i siódmego w historii triumfu w Pucharze Narodów Afryki.
W mecz lepiej weszli piłkarze z Ghany. Już po sześciu minutach mogliby cieszyć się z prowadzenia, gdyby Samuel Inkoom nie przestrzelił po podaniu Abdula Ayewa. Przeciwnicy odpowiedzieli 60 sekund później. Udało im się wywalczyć rzut rożny, który jednak pewnie wyłapał Richard Kingson. Im dłużej trwał mecz, tym więcej do powiedzenia mieli dotychczasowi mistrzowie kontynentu. Z minuty na minutę coraz bardziej rozkręcał się Ahmed Hassan. Najpierw niecelnie uderzył na bramkę przeciwników, a w 20. minucie mógłby stworzyć poważne zagrożenie pod ich polem karnym, gdyby tylko udało mu się przejąć podawaną przez partnera z drużyny piłkę.
Obie drużyny bardzo dobrze grały w obronie, skutecznie uniemożliwiając oponentem wypracowanie sobie pozycji strzeleckiej. Piłkarze, nie mogąc przedrzeć się przez blok obronny rywali, uciekali się do strzałów z dystansu. Uderzenie Mohameda Zidana minęło jednak bramkę Kingsona, a El Hadry dobrze interweniował przy próbie Gyana. Ghańczyk popisał się parę chwil później dość udanym dryblingiem, lecz jego akcja zakończyła się jedynie wrzutem z autu dla jego drużyny. W końcówce nieco przycisnął Egipt. Podopiecznym Hassana Shehaty udało się wywalczyć rzut wolny w okolicy pola karnego. Do dośrodkowanej futbolówki nie doskoczyli jednak Montaeb i Hassan. Ten drugi pokusił się nawet o zagranie ręką. Sędzie okazał się łaskawy dla piłkarza znad Nilu i nie ukarał go kartkę. W pierwszej połowie finał Pucharu Narodów Afryki nie okazał się pasjonującym widowiskiem. Oba zespołu skupiły się przede wszystkim na zabezpieczeniu tyłów i zapobieganiu utraty bramki. Jednak po przerwie gole paść już musiały.
Drugie 45 minut piłkarze z Ghany i Egiptu rozpoczęli bardzo nerwowo. Już na początku tej części meczu sędzia aż trzy musiał sięgnąć do kieszeni, by pokazać ubiegającym się o tytuł najlepszej reprezentacji Czarnego Lądu żółte kartki. Musiało minąć aż 480 sekund, by została przeprowadzona pierwsza groźna akcja. Jak się okazało, była ona zapowiedzią okresu dominacji „Czarnych Gwiazd”. Aktywny Asamoah Gyan pomylił się jednak z 28 metrów i nie trafił w bramkę. Chwilę później po strzale Badu piłka po rykoszecie wyszła poza boisko, a kolejna próba Gyana o centymetry minęła bramkę El Hadary'ego. W odpowiedzi „Faraonów” stać było na jedynie krótki zryw i dwie ciekawsze akcje zakończone nieudanymi zagraniami. Może gdyby piłka adresowana w 68. minucie do Montaeba była dokładniejsza, udałoby mu się wyjść sam na sam z Kingsonem. Widząc nieporadność swoich graczy, Hassan Shehata zdecydował się na zmianę, wprowadzając do gry najskuteczniejszego strzelca turnieju, Mohameda Gedo.
Im dłużej trwał mecz, tym przewaga Ghany stawała się coraz wyraźniejsza. Wśród „Czarnych Gwiazd” najaktywniejszy był Gyan, który raz po raz nękał El Hadary'ego. Gdy do końcowego gwizdka brakowało pięciu minut, napastnik oznaczony numerem 3 sprawił sporo problemów egipskiemu bramkarzowi, który jednak ze strzałem sobie poradził. 85. minuta okazała się zabójczą dla zawodników Rajevaca. Dominujący brązowi medaliści poprzednich mistrzostw Afryki nadziali się na kontrę. Szybką akcję Zidana z Gedo zakończyło podanie do tego drugiego, który w swoim stylu umieścił piłkę w siatce. Zdesperowani uczestnicy mistrzostw świata postawili wszystko na jedną kartę. Jednak ich starania oraz ofensywne zmiany selekcjonera nie przyniosły skutku.
Po raz trzeci z rzędu blaskiem złota okrył się Egipt. Piłkarze Hassana Shehaty od sześciu lat nieprzerwanie udowadniają, że są najlepszą jedenastką Czarnego Lądu. Najwyższe trofeum zdobyte w Angoli jest ich siódmym w historii. Nad Nilem kibice szaleją z radości oraz pewnie żałują, że ich pupile nie zaprezentują się na mundialu w RPA.
W pierwszej połowie kibice obu drużyn byli świadkami słabego widowiska. Brakowało sytuacji strzeleckich, a gra toczyła się w środkowej strefie boiska. Bliski pokonania golkipera rywali był jedynie Victor Obinna, ale napastnik Malagi dwukrotnie strzałami z 18. metra uderzał nad poprzeczką.
Tuż po przerwie „Superorły” zaatakowały rywali, czego efektem było wiele okazji podbramkowych. W 50. minucie znakomicie z rzutu wolnego uderzał Taye Taiwo, Mohamed Zemmamouche zdołał odbić futbolówkę, a dobitka Obinny z czterech metrów wylądowała na poprzeczce. Po chwili nigeryjski napastnik był już bardziej skuteczny, minął w pełnym biegu dwóch obrońców Algierii i płaskim strzałem pokonał bramkarza rywali.
W 79. minucie po podaniu Johna Obi Mikela Chinedu Obasi miał szansę podwyższyć prowadzenie, jednak zawodnik TSG Hoffenheim nie potrafił pokonać Zemmamouchy z najbliższej odległości. Pod koniec meczu Algieria za wszelką cenę starała się doprowadzić do wyrównania, lecz po zagraniu z rzutu rożnego Karima Zianiego Madjid Bougherra przegrał pojedynek z Vincentem Enyeamą.
Ostatecznie reprezentacja Nigerii wygrała 1:0 i po raz siódmy w historii zdobyła brąz Pucharu Narodów Afryki.