Okazało się to możliwe dzięki wprowadzonej przez FIFA rotacji kontynentalnej polegającej na organizowaniu mundiali przez kolejne kontynenty. Po Azji (Korea Południowa i Japonia) i Europie (Niemcy) przyszedł czas na Afrykę. Do rywalizacji o ten zaszczyt przystąpiły: Libia, Tunezja, RPA, Egipt i Maroko. Ostatecznie przedstawiciele Międzynarodowej Federacji Piłkarskiej zdecydowali się powierzyć to przedsięwzięcie krajowi ze stolicą w Pretorii.
Mundial 2010 będzie trzecim udziałem graczy „Bafana Bafana” w najważniejszej piłkarskiej imprezie globu. Poprzednio udało im się wystąpić na turniejach rozgrywanych we Francji oraz Korei Południowej i Japonii. Nie wspominają jednak ich zbyt dobrze. Z obydwoma pożegnali się już w części grupowej. W 1998 roku znaleźli się w pierwszej fazie czempionatu z Danią, Arabią Saudyjską i gospodarzami, kadrą prowadzoną przez Aime Jaqeuta. Ich debiut okazał się wielką klapą. Przyszli triumfatorzy łatwo rozprawili się z nimi 3:0. Antybohaterem tego meczu został Pierre Issa, który umieścił piłkę we własnej siatce oraz walnie przyczynił się do utraty drugiej bramki. Następnie udało im się zremisować 1:1 z mocnymi Duńczykami oraz podzielić się punktami z nie najsilniejszymi Saudyjczykami 2:2. Dwa zdobyte punkty spowodowały, że piłkarze z Afryki musieli wracać do domu. Nieco lepiej poszło im w Azji. W pierwszej potyczce, pomimo niekorzystnego wyniku 0:2, udało im się w doliczonym czasie gry doprowadzić do wyrównania. Już na początku drugiego starcia w grupie, w którym przeciwnikiem zawodników z Czarnego Lądu była Słowenia, Siyabonga Nomvethe umieścił głową piłkę w bramce Marco Simeunovicia. Taki rezultat utrzymał się do końca, dzięki czemu ówcześni podopieczni Jomo Sono odnieśli historyczne zwycięstwo w mistrzostwach świata. Na ich nieszczęście ostatnią konfrontację przegrali z Hiszpanami, a triumf Paragwaju nad graczami z Bałkanów dał awans do 1/8 finału reprezentantom Ameryki Południowej.
Futbol w kraju gospodarzy zbliżającego się mundialu stale się rozwija, o czym świadczy fakt, że zdecydowana większość kadrowiczów broni barw klubów ze swojej ojczyzny. Obecna drużyna „Bafana Bafana” złożona jest w większej części z zawodników młodych. Niewielu z nich jest w wieku powyżej 30 lat. Niektórzy z nich występują w ligach z punktu widzenia mieszkańca Republiki Południowej Afryki egzotycznych. Napastnik Thembinkosi Fanteni jest graczem izraelskiego Maccabi Hajfa, a jeden z liderów reprezentacji, McBeth Sibaya, należy do asów w talii Kurbana Bierdyjewa, opiekuna Rubinu Kazań. Jednak ponad gwiazdy wszystkich członków drużyny narodowej RPA wybija się ta należąca do Stevena Pienaara. Ten mierzący 170 cm pomocnik urodził się 17 marca 1982 roku w Johannesburgu. Swoje pierwsze piłkarskie kroki stawiał w Ajaksie Kapsztad, będącym klubem satelitarnym słynnego Ajaksu Amsterdam. Stamtąd w 2001 roku przeniósł się do właściwej siedziby swojej drużyny, stolicy Holandii, gdzie swoją grą począł zachwycać kibiców nie tylko w Kraju Tulipanów, ale także miłośników futbolu w całej Europie. Stał się jednym z tych, którzy zaczęli przywracać teamowi ze stadionu ArenA dawny blask. Jego świetna postawa zaowocowała transferem do Borussii Dortmund.
Po szybkim odpadnięciu z mundialu w Korei Południowej i Japonii południowoafrykańska federacja piłkarska selekcjonerów zmieniała prawie jak rękawiczki. Zespół ten prowadzili między innymi Anglik Stuart Baxter i Brazylijczyk Carlos Alberto Parreira. Ostatecznie kierownictwo miejscowego związku piłki nożnej zdecydowało, że kadrę w tak ważnym dla niej momencie w historii poprowadzi szkoleniowiec z Kraju Kawy – Joel Santana. Postawienie na tego trenera było ze strony działaczy wielkim ryzykiem. Obecny opiekun kadry RPA nigdy nie odniósł większych sukcesów, a od 1991 roku w żadnej pracy nie utrzymał się dłużej niż przez rok. Dzięki temu miał możliwość poprowadzenia sporej ilości ojczystych klubów, jak Vasco da Gama Rio de Janeiro, Fluminense Rio de Janeiro, Flamengo Rio de Janeiro i Corinthians São Paulo. Ponadto udało mu się zaliczyć epizody w Japonii oraz krajach arabskich. Mimo jego nieciekawej przeszłości zdecydowano się na zaufanie mu. Brazylijczyk odwdzięcza się najlepiej, jak potrafi – ciężką pracą. Czas pokazuje, że jego starania przynoszą sukcesy. Będący próbą generalną przed przyszłorocznym mundialem Puchar Konfederacji zakończył się sukcesem „Bafana Bafana”. Po bezbramkowym remisie z Irakiem, pokonaniu 2:0 Nowej Zelandii i porażce 0:2 z Hiszpanią podopiecznym Santany udało się zająć drugie miejsce w grupie i awansować do półfinału tych rozgrywek. Tam trafili na faworyzowaną Brazylię. Przez długi czas stawiali dzielny opór „Canarinhos”, walcząc z nimi jak równy z równym. Bramka Daniela Alvesa przesądziła jednak o zwycięstwie mistrzów Ameryki Południowej. W potyczce o trzecie miejsce poważnie postraszyli Hiszpanów, ulegając czempionom Starego Kontynentu 2:3 dopiero w dogrywce.
Turniej o Puchar Konfederacji i postawa w nim reprezentacji RPA pokazują, że posiada ona ogromny potencjał. Już jest w stanie walczyć z najlepszymi światowego futbolu. Brakuje jej jednak ogrania i zimnej krwi. Do mistrzostw świata organizowanych przez ten kraj pozostało jeszcze osiem miesięcy. Jest to wystarczająca ilość czasu, by Joel Santana podrasował swój zespół i wyciągnął z niego maksimum możliwości. Na ich korzyść w zbliżającym się mundialu przemawia przede wszystkim to, że będą pchani przez doping żywiołowych i spragnionych futbolu kibiców. Z drugiej strony, będzie również ciążyła na nich przeogromna presja. Jednak już na Confederations Cup Południowoafrykańczycy udowodnili, że potrafią sobie z nią poradzić. Drużynę Santany stać na wiele. Głównym celem ekipy „Bafana Bafana” na czerwcowo-lipcowym turnieju będzie na pewno wyjście z grupy, a mając za sobą pełne po same brzegi trybuny może nawet powtórzyć wyczyn Kamerunu z Francji i Senegalu z Korei Południowej i Japonii – awans do ćwierćfinału.