Jednak ówczesne „tylko” jest od trzynastu już lat niemalże spełnieniem marzeń. Nie chodzi bowiem o to, by polska ekipa cokolwiek w Lidze Mistrzów namieszała, ale by w ogóle do piłkarskiego raju się dostała. Wspomniany Widzew rok później (sezon 1996/1997) zawiódł kibiców jeszcze bardziej, gdy nie przebrnął przez eliminacje. To samo powtórzył rywal zza między – ŁKS. Nieudane szturmy na Ligę Mistrzów sześciokrotnie przeprowadziła Wisła Kraków, która tylko raz ustąpiła miejsca Zagłębiu Lubin. Ostatnia porażka boli szczególnie, gdyż europejska federacja zrobiła wszystko, by pomóc krajom piłkarsko słabszym. Polska się do takowych zalicza.
Kiedy jesienią 1996 roku Jacek Dembiński drugi raz pokonywał bramkarza Borussi Dortmund z pewnością nie przypuszczał, że oto strzela ostatniego gola dla polskiej ekipy w fazie grupowej Ligi Mistrzów. Co prawda był to już przedostatni mecz i jego Widzew miał raczej iluzoryczne szanse na awans z owej grupy, jednak całkiem słusznie prorokowano wówczas, że „za rok sobie odbijemy”. Wizje takie nikogo nie śmieszyły. Bo i jak tu sobie nie ostrzyć zębów na myśl o podbojach polskich kopaczy, gdy przecież ledwie rok wcześniej stołeczna Legia bez kompleksów walczyła z Blackburn Rovers, kompletnie nie dając pograć samemu Alanowi Shearer'owi? Albo ten mecz z Panathinaikosem – Krzysztof Warzycha miał lepszy dzień i zdobył dwie bramki, ale to nie znaczy, że jesteśmy gorsi. A Widzew? Przecież Citko strzelił Molinie za kołnierz z połowy boiska, jak to w ogóle możliwe, że odpadli? Ale nic tam. Za rok mieli się poprawić.
Nie poprawili. Ten sam Widzew rozpoczął jesienią 1997 roku niechlubną serię porażek polskich drużyn, marzących o dostaniu się do piłkarskiej elity w Europie, może też i na świecie. Trafiali Polacy na Real Madryt czy FC Barcelonę. Za przegrane z rywalami tej klasy nikt ich winić nie ma prawa. Ale los stawał naprzeciw naszych Steauę Bukareszt czy Anderlecht Bruksela. Kluby może nie anonimowe, ale najzwyczajniej będące w zasięgu Mistrza Polski. Przynajmniej w teorii. Niestety praktyka pokazała, że III runda eliminacji to wszystko, na co stać nasze klubowe potęgi.
Zbawieniem miała być tegoroczna reforma rozgrywek. Nie wgłębiając się zanadto w szczegóły, rzec można w skrócie – słabi mają łatwiej. Nieodgrywające większej roli w piłkarskim światku kluby nie będą już nagminnie miażdżone przez Barcelony, Manchestery czy inne Juventusy już na samym początku swego triumfalnego pochodu do bram raju (czyt. fazy grupowej LM). Tyle teoria. Zgodnie z nią Mistrz Polski dostaje niejako na rozgrzewkę Mistrza Estonii, Levadię Tallinn. Jak bowiem inaczej traktować dwumecz z drużyną, która istnieje ledwie dziesięć (10) lat i na co dzień gra w lidze, gdzie od niepamiętnych już czasów tytułu mistrzowskiego nie zgarnął nikt spoza Tallinna? Ma co prawda Levadia na swym koncie 15 trofeów (sześć tytułów Mistrza Estonii, tyle samo krajowych pucharów plus trzy Superpuchary), ale to świadczy tylko o na niekorzyść tamtejszych rozgrywek. Piłkarze i zdecydowana większość kibiców zastanawiała się już, jak Wisła poradzi sobie w kolejnej rundzie z węgierskim Debreczynem, w którym to występuje były gracz „Białej Gwiazdy”, Dudu. Teraz takie dywagacje ma prawo czynić Mistrz Estonii.
Kilka sezonów temu napuszaliśmy się przed niemal każdym meczem. Rywale truchleli przed nami na samą myśl o rywalizacji z Mistrzem Polski. Pora jednak zmienić tok myślenia. Estońska makabra pokazuje bowiem, że to nie tylko słabeusze poczynili postępy. Znacznie bardziej zatrważający jest fakt, że to nasze klubowe potęgi się uwsteczniły. Potwierdza to zresztą autor ostatniej polskiej bramki w fazie grupowej LM, dziś już emerytowany Jacek Dembiński. Były gracz Lecha Poznań przyznał, że grające w tamtych lepszych czasach polskie kluby rozprawiłyby się z takimi Estończykami 7:0.
Pozostaje jedynie trywialne pytanie – co dalej? Być może Wisłę Kraków czeka po tejże porażce istna rewolucja, ale takowa dotyka podwawelski klub niemal co roku. Poza tym nie samą Wisłą stoi nasza klubowa kopana. Pierwszy krok „ku lepszemu” poczynił już organ najmniej o takie praktyki posądzany. Jednak to właśnie UEFA zreformowała swoje elitarne rozgrywki tak, by kibice nie musieli w kółko oglądać ekip angielskich, hiszpańskich czy włoskich. Może niekoniecznie chodziło o wprowadzenie na salony Estończyków czy Węgrów, ale Polaków na pewno tak. Piłeczka – mimo wszystko – jest teraz po naszej stronie.