Nie ukrywam, że w temacie piłki nożnej jeszcze raczkuję. Pewnie jest wiele rzeczy, które dla mnie są nowe i zaskakujące, a dla was zupełnie oczywiste. Jak na przykład moje najświeższe jakże uderzające odkrycie, że większość znanych brazylijskich piłkarzy pochodzi z biednych, niepełnych albo rozbitych rodzin mieszkających w slumsach. Przygotowując felieton o gwiazdach spodziewałam się raczej jakiejś magicznej aury, szczęśliwej rodziny, w której ojciec najpierw pokazuje synkowi, jak kopnąć piłkę, a potem zapisuje go do klubu, jest obecny na każdym jego meczu i wiernie mu kibicuje, a chłopiec pełen pasji, wspierany przez rodziców, pnie się coraz wyżej po szczebelkach kariery.
Pierwszy był Ronaldo – obecny multimilioner i idol milionów fanów na całym świecie, człowiek, którego znają wszyscy. Jakież było moje zdziwienie, kiedy dowiedziałam się, że pochodzi z ubogiej rodziny, w której matka pracowała na dwie zmiany zmywając naczynia, ojciec, pijąc na umór, wcale nie pomagał w poprawie sytuacji. Rodzice Ronaldo byli tak biedni, że nie mogli nawet zapłacić 10 dolarów za rejestrację narodzin synka, a pieniądze udało się uzbierać dopiero po czterech dniach (stąd wynika błąd w jego dacie urodzin, Ronaldo przyszedł na świat 18 września, ale urodziny obchodzi 4 dni później). Ale Ronaldo, mimo trudnej sytuacji, dzielnie rósł i uganiał się boso za piłką na brudnych ulicach brazylijskich slumsów.
Pomyślałam, że to jeden z nielicznych takich przypadków wśród gwiazd futbolu, ale już za chwilę miałam się rozczarować. Kolejny superpiłkarz – Ronaldinho – swoje dzieciństwo spędził w jednej z najbiedniejszych dzielnic Porto Alegre, podobnie jak Ronaldo biegając za piłką po ulicach slumsów. Jego ojciec był robotnikiem, a mama ekspedientką. Ronaldinho bardzo wcześnie stracił ojca (jedne źródła podają, że w wieku ośmiu, inne, że w wieku dwunastu lat). A szkoda, bo tata bardzo go wspierał. Mimo drwin i szyderstw sąsiadów, że zdolnych chłopców w Brazylii jest cała masa, z dumą mówił, że jego syn zagra kiedyś w reprezentacji kraju. Ronaldinho do dziś wspomina, jak ojciec, zobaczywszy dryblującego syna, który nikomu nie oddaje piłki, kazał mu grać na dwa kontakty. Wtedy był o to na niego zły, teraz jest mu wdzięczny. Brat słynnego brazylijczyka, Roberto, był zawodowym piłkarzem, ale w skutek poważnej kontuzji zmuszony był porzucić karierę. Został jednocześnie menadżerem młodszego brata, który wcześniej, jako ośmiolatek, razem z nim chodził na treningi.
Kolejny idol, którego los nie oszczędzał, to Roberto Carlos. Jego rodzice utrzymywali się ciężko pracując na plantacji kawy. Ojciec był znanym w okolicy sportowcem, a jego marzeniem było, by jego syn został wielkim piłkarzem. Dzieciństwo Roberto Carlosa, podobnie jak Ronaldo i Robinho, także nie było różowe. Rodzina była biedna, więc Roberto już mając lat 12 pracował jak inni jego rówieśnicy w fabryce tekstyliów. Sam także marzył o piłkarskiej karierze i tylko dzięki swojej ciężkiej pracy i uporze w dążeniu do celu, udało mu się to marzenie zrealizować. Swój czas dzielił bowiem między grę w piłkę z przyjaciółmi a pomoc rodzinie. Nie było czasu na inne przyjemności.
Chociaż z bólem w sercu czytałam o przejściach z dzieciństwa moich futbolowych idoli, to jednak odetchnęłam z ulgą. Wielkie sukcesy są dostępne dla wszystkich: małych i wielkich, biednych i bogatych, szczęśliwych i nieszczęśliwych, a wielkie piłkarskie talenty to nie bogowie, herosi bez skazy, wiecznie szczęśliwi, piękni i bogaci, ale ludzie tacy jak my, którzy na swój sukces musieli ciężko zapracować i którzy swoje trudne doświadczenia potrafią dobrze wykorzystać.