W 38. kolejce Premiership najciekawiej zapowiadały się spotkania, których stawką było utrzymanie w elicie najlepszych zespołów w Anglii. Do niedzielnego popołudnia aż cztery drużyny nie mogły być pewne utrzymania, z czego ekipę Middlesbrough mógł uratować przed spadkiem tylko cud. Koniecznym warunkiem dla Hull City, Newcastle, Sunderlandu oraz wyżej wymienionej ekipy Gareth’a Southgate’a były zwycięstwa. Dla piłkarzy Philla Browna i Ricky’ego Sbragi był to warunek wystarczający. Popularne „Sroki” oraz Middlesbrough musiały dodatkowo liczyć na potknięcia swoich rywali.
Mimo wszystko walka o utrzymanie nie była prosta dla nikogo. Drużyny będące teoretycznie w lepszej sytuacji miały o wiele trudniejszych przeciwników. Piłkarze Sunderlandu podejmowali na własnym obiekcie stołeczną Chelsea, natomiast Hull City gościli na KC Stadium świeżo ukoronowanego mistrza Anglii. Chociaż w tym drugim przypadku można mówić o rezerwach zespołu z Old Trafford. W całej meczowej osiemnastce znalazło się zaledwie czterech piłkarzy, którzy otrzymali mistrzowskie medale, a o ligowe punkty walczyli między innymi De Laet, Walbeck, Martin, Macheda, Eckersley czy Drinkwater.
Taki skład „Czerwonych Diabłów” to była niewątpliwie olbrzymia szansa dla ekipy Philla Browna i jego podopieczni zamierzali ten fakt wykorzystać. Rzeczywistość okazała się jednak brutalna, bo okazało się, że nawet drugi garnitur jest za silny dla beniaminka z Hull. Manchester kompletnie zdominował środek boiska i piłkarze z KC Stadium nie potrafili zagrozić bramce Tomasza Kuszczaka. Co więcej, w 24. minucie Darren Gibson zdecydował się na zaskakujące uderzenie z ponad dwudziestu metrów, a że jego strzał był niezwykle precyzyjny, Myhill musiał wyciągnąć piłkę z bramki.
W drugiej odsłonie Hull dążyli za wszelką cenę do wyrównania, jednak ich ataki były chaotyczne i niedokładne. Jak się później okazało trafienie młodego Irlandczyka okazało się decydujące dla wyniku meczu, jednak po końcowym gwizdku wybuchła szalona radość. Beniaminek z KC Stadium utrzymał się w Premier League, bo porażki Hull nie wykorzystali piłkarze Newcastle United.
Przed meczem na Villa Park Alan Shearer zapowiadał walkę do ostatniej minuty o unikniecie degradacji. Trzeba powiedzieć, że zawodnicy ze St James’ Park robili wszystko, aby potwierdzić słowa swojego managera. Pierwsze pół godziny meczu to dosłownie oblężenie bramki Brada Friedela, jednak goście nie potrafili wykończyć żadnej ze stworzonych sytuacji. Wydawało się, że bramka dla Newcastle po prostu musi paść, jednak w 38. minucie to gospodarze wyszli na prowadzenie, którego nie oddali aż do końca spotkania. Po strzale Garetha Barry’ego, Dumien Duff tak niefortunnie zmienił kierunek lotu piłki, że wpadła ona do bramki obok totalnie zdezorientowanego Stephena Harpera.
Po przerwie przewaga gości nie była już tak duża. Do głosu doszli podopieczni O’Neilla i mogli kilkakrotnie podwyższyć prowadzenie. „Srokom” nie pomogło nawet wprowadzenie na boisko Michaela Owena i degradacja Newcastle do Championship stała się faktem. Dla kibiców klubu ze St James’ Park jest to o tyle bolesne, że poza Hull City swoje spotkanie przegrał także Sunderland.
Guus Hiddink, w przeciwieństwie do Alexa Fergusona, wystawił w meczu na Stadium of Light praktycznie najsilniejszą jedenastkę. Popularne „Czarne Koty” nie miały zbyt wiele do powiedzenia w starciu z „The Blues”. Chociaż wynik tego nie oddaje, to właśnie Chelsea była zespołem zdecydowanie lepszym i powinna wygrać o wiele wyżej. Bramki dla londyńczyków zdobywali Anelka, Kalou i Ashley Cole. Dla tego pierwszego było to dziewiętnaste trafienie w sezonie, dzięki czemu Francuz zdobył tytuł króla strzelców. Na trafienia podopiecznych Hiddinka odpowiedzieli Richardson oraz Jones.
Stawkę drużyn opuszczających Premiership uzupełniła ekipa Garetha Southgate’a. Middlesboro potwierdziło dużą niemoc na Upton Park, gdzie silniejsi od zespołu z Riverside okazali się podopieczni Gianfranco Zoli. Popularne „Młoty” świetnie rozpoczęły spotkanie stwarzając sobie kilka okazji do zdobycia bramki. Dodatkowo goście nie wyglądali na zespół, który rozpaczliwie broni się przed spadkiem w związku z czym gol zdobyty przez Carltona Cola w 33. minucie nie był niespodzianką.
Nadzieje dla kibiców przyjezdnych przywrócił w 50. minucie O’Neill. Była to jednak jedna z nielicznych okazji dla Middlesbrough. W dodatku już po ośmiu minutach gospodarze ponownie wyszli na prowadzenie za sprawą trafienia Stanislawsa i po tym ciosie goście się już nie podnieśli. Tym samym dolna część tabeli ani nie drgnęła po meczach 38. kolejki. West Bromwich Albion, Middlesboro oraz Newcastle rozpoczną sezon 2009/2010 o klasę niżej.
Część spotkań ostatniej kolejki Premiership była przysłowiowymi meczami "o pietruszkę". Stawką tych pojedynków było w większości godne pożegnanie się z kibicami, ponieważ zdobycz punktowa nie zmieniała właściwie nic w końcowym układzie tabeli. W takim właśnie spotkaniu zmierzyły się na Emirates Stadium ekipy Arsenalu i Stoke City. "Kanonierzy" mają za sobą kolejny nieudany sezon, w którym nie zdobyli żadnego trofeum. Przed ostatnią kolejką zajmowali 4. miejsce w tabeli i niezależnie od wyniku potyczki z "The Potters" wiadomo było, że na tej właśnie lokacie zakończą rozgrywki podopieczni Arsene'a Wengera. Beniaminek ze Stoke może zaliczyć rok do udanych, ponieważ już przed ostatnią rundą spotkań zagwarantował sobie, że na Britannia Stadium w przyszłym sezonie wciąż będą przyjeżdżać ekipy z angielskiej elity. Spotkanie w północnym Londynie było ciekawe, ale tylko do przerwy. Od początku swoje warunki podyktowali gospodarze I już po niewiele ponad kwadransie prowadzili 3:0. Najpierw pechowo do swojej bramki piłkę skierował James Beattie. Później rzut karny, podyktowany za faul na Robinie van Persiem, pewnie wykorzystał sam poszkodowany. Niespełna dwie minuty później Arsenal prowadził trzema bramkami, a strzelcem gola był pomocnik Abou Diaby. W 30. minucie, autor trzeciej bramki dla “Kanonierów”, sfaulował w polu karnym Ricardo Fullera, a ten pozazdrościł Holendrowi występującemu w barwach Arsenalu I również sam pewnie egzekwował jedenastkę. Do przerwy na Emirates było 4:1, bo swoją drugą bramkę chwilę przed zejściem do szatni strzelił van Persie. Zawodnicy najwyraźniej zdecydowali, że pięć bramek to wystarczający wynik jak na mecz bez większej stawki, ponieważ w drugiej połowie gole na Emirates już nie padły. Arsenal pewnie pokonał Stoke 4:1, czym na koniec trochę osłodził sobie niezbyt udany sezon.
Na Ewood Park w Blackburn przyjechała drużyna West Bromwich Albion, która po zeszłotygodniowej porażce z Liverpoolem została zdegradowana do Championship. Goście walczyli w tym meczu tylko o honor I o to, by pozostawić po sobie dobre wrażenie. Wielu fachowców uważa, że WBA wcale nie prezentowała w tym sezonie najsłabszego futbolu Premiership i nie zasłużyła na spadek. Utrzymanie zapewnia się jednak punktami zdobytymi na boisku, a tych graczom Albion zabrakło. O spotkaniu na Ewood Park trudno powiedzieć coś więcej poza tym, że się odbyło. Stawka spotkania, a raczej jej brak spowodował, że w Blackburn zobaczyliśmy “piłkarski piknik”, z jednym nieprzyjemnym akcentem, kiedy czerowną kartką za niesportowe zachowanie został ukarany Jason Roberts. Wynik 0:0 jak najbardziej oddaje obraz wydarzeń na boisku, a piłkarze West Brom w słabym stylu żegnają się z Premiership.
Wielkie pieniądze, wielkie nazwiska, tak ma wyglądać w przyszłym sezonie drużyna Manchesteru City. Obecny był jednak dla “Citizens” słaby. Graczom Marka Hughesa nie udało się zawojować Pucharu UEFA, ani zagwarantować sobie udziału w europejskich pucharach w przyszłym roku. “Kłusaki” to z kolei zespół, który od kilku lat nie odgrywa w Anglii większej roli, ale gra na tyle dobrze, że utrzymuje się w Premiership. Sztuka ta udała im się również w obecnych rozgrywkach I do spotkania z City piłakrze Boltonu mogli przystąpić “na luzie”. Mecz na City of Manchester Stadium lepiej rozpoczęli gospodarze, którzy już w 8. minucie objęli prowadzenie. Bramkę po podaniu Richardsa, pewnym strzałem prawą nogą zdobył Felipe Caicedo. Po zdobyciu gola “Citizens” oddali pole gry gościom, jednak Bolton nie potrafił stworzyć sobie dogodnej sytuacji do zdobycia bramki.
Druga połowa to już absolutna dominacja na boisku podopiecznych Marka Hughesa, którzy do końca spotkania nie oddali jednobramkowego prowadzenia. City kończą rozgrywki na 10. miejscu, goście z Boltonu trzy lokaty niżej.
Spotkanie na JJB Stadium zapowiadało się chyba najmniej ciekawie ze wszystkich rozgrywanych w 38. kolejce angielskiej ekstraklasy. Na przeciwko siebie miały stanąć ekipy zajmujące odpowiednio 12. I 14. miejsce w ligowej tabeli. W przypadku porażki, ekipa Steve'a Bruce'a zamieniłaby się miejscami z “The Pompey”, na co jednak zawodnicy Wigan nie chcieli pozwolić. Od pierwszego gwizdka sędziego było widać, że podopieczni Bruce'a są bardziej zdeterminowani by wygrać spotkanie. Ataki Wigan przyniosły wymierny skutek już po niespełna pół godzinie gry, kiedy na listę strzelców wpisał się Rodallega. Niewielką przewagę w posiadaniu piłki na JJB Stadium mieli goście, ale nie przekładało się to na stwarzanie sytuacji pod bramką Kingstona. Dość powiedzieć, że “The Pompey” oddali przez 90 minut tylko trzy celne strzały w kierunku bramki Wigan, ale za każdym razem na posterunku był bramkarz gospodarzy. Wynik 1:0 utrzymał się do końcowego gwizdka, dzięki czemu piłkarze Wigan przeskoczyli w ligowej tabeli Stoke City I zakończyli ostatecznie rozgrywki na 11. pozycji. Portsmouth po słabym sezonie finiszuje na miejscu czternastym.
Pojedynek Liverpoolu z Tottenhamem określano jako jedno z najciekawszych spotkań ostatniej kolejki Premiership. Tottenham jeśli marzył o udziale w przyszłorocznej edycji Ligi Europejskiej musiał wygrać to spotkanie i liczyć na ewentualne potknięcie się siódmego w lidze Fulham. Dla Liverpoolu był to już tylko mecz o prestiż, gdyż w ostatniej kolejce mistrzostwo zapewnili sobie podopieczni Sir Alexa Fergusona. W pierwszym pojedynku tych drużyn lepsi okazali się piłkarze z Londynu niespodziewanie pokonując drużynę Rafy Beniteza 2:1. Faworytem spotkania był zespół z miasta Beatlesów, który był żądny rewanżu za wspomnianą porażkę w pierwszym spotkaniu, jak również jako jedyny zespół Premiership nie przegrał meczu na własnym stadionie. The Reds już od pierwszych minut zaatakowali bramkę gości, jednak doskonałą okazję zmarnował Yossi Benayoun. Gospodarze wciąż parli do przodu, starając się jak najszybciej strzelić pierwszego gola. Sztuka ta udała im się dopiero w 32. Minucie spotkania, gdy niezawodny Fernando Torres umieścił głową piłkę w siatce. Był to 50. gol Hiszpana w barwach The Reds. Po zmianie stron obraz gry nie zmienił się, wciąż podopieczni Rafy Beniteza mieli optyczną przewagę i dalej szukali kolejnej bramki. Ta padła dopiero w 64. minucie, gdy Alan Hutton zmienił tor piłki po strzale Dirka Kuyta czym kompletnie zmylił interweniującego Gomesa. Jednak nadzieję dla „Kogutów” dał ich kapitan Robbie Keane, notabene były zawodnik Liverpoolu, który pokonał Reinę w 77. minucie spotkania. Zaledwie cztery minuty cieszyli się kibice gości z bramki kontaktowej, gdyż w 81. minucie meczu wynik na 3:1 ustalił Yossi Benayoun. W 84.minucie spotkania piękny gest wykonał Rafa Benitez wpuszczając za Stevena Gerrarda Samiego Hyypię. Dla Fina był to ostatni mecz w koszulce „The Reds”, gdyż latem opuszcza drużynę Liverpoolu. Hiszpański trener pozwolił zawodnikowi na pożegnanie się z kibicami zgromadzonymi na New Anfield.
Piłkarze z Liverpoolu zapewnili sobie już udział w nowo powstałej Lidze Europejskiej. Ich rywal jednak nie mógł być pewny gry w pucharach, czując na sobie oddech Tottenhamu. Jednak „Koguty” mierzyłem się z „The Reds” i nie wróżono im w tym meczu sukcesu., dlatego piłkarze Fulham byli nieco spokojniejsi. Pierwsza połowa była bardzo nudna, mało było sytuacji bramkowych, drużyny grały bardzo asekuracyjnie nie chcąc za bardzo ryzykować. Kibice doczekali się bramki dopiero pod koniec pierwszej połowy, gdy prowadzenie Evertonowi dał Leon Osman. Druga połowa nie wiele różniła się od pierwszej, podopieczni Davida Moyesa kontrolowali przebieg spotkania i skutecznie zwalczali ataki zespołu z Fulham. Dwie minuty przed końcem wynik spotkania ponownie podwyższył Leon Osman. Spotkanie zakończyło się zwycięstwem 2:0 Evertonu. Dzięki wynikowi z New Anfield piłkarze z Londynu mogli się cieszyć z utrzymania siódmej pozycji i awansu do Ligi Europejskiej.