Ci jednak wykazują się nie lada sprytem, wynajdując coraz to nowe sposoby na przyciągnięcie uśmiechu fortuny albo – wręcz przeciwnie – od wielu lat wiernie praktykując swoje „rytuały”. Część z nich odbywa się na boisku, inne – w zaciszu piłkarskiej szatni, krótko przed rozpoczęciem spotkania. Przegląd przesądów piłkarzy to prawdziwe muzeum osobliwości.
Kolo Toure uważa na przykład, że za każdym razem na murawę musi wyjść ostatni i od tego zależy jego powodzenie w meczu. Doszło nawet do tego, że w drugiej połowie spotkania Romy z Arsenalem wrócił na boisko o kilka sekund za późno, ponieważ czekał, aż wpierw opuści szatnię William Gallas, który po kontuzji był nadal masowany i opatrywany przez klubowego lekarza.
Czasem w wymyślaniu zabobonów naszych idoli ponosi fantazja. Adrian Mutu, zawodnik włoskiej Fiorentiny, zakładał slipki na lewą stronę, a wchodząc na murawę, rwał kępkę trawy i wkładał ją pod koszulkę.
Kapitan Chelsea Londyn, John Terry, rytuał ma nieco bardziej skomplikowany. W drodze na mecz zawsze wybiera to samo miejsce w autokarze i słucha tej samej płyty Ushera. Wkładając buty trzykrotnie okręca kostkę sznurówką, wypija trzy łyki wody i zawsze korzysta z tego samego pisuaru. Uff... to jeszcze nie wszystko. Podobno Terry przyznaje się do posiadania około 50 przedmeczowych przesądów!
Tego rodzaju zachowania nie dotyczą jednak tylko graczy, nierzadko bowiem swoje przesądy mają też szkoleniowcy. Włoch Romeo Anconetani, by zapewnić sukcesy swemu zespołowi, rozsypywał sól przed drzwiami szatni. Kazimierz Górski nie golił się w dniu meczu (choć twierdził, że to nie przesąd, podobno pocieranie zarostu miało sprzyjać koncentracji). Jerzy Engel podczas eliminacji do mistrzostw świata w 2002 roku na każdy mecz wkładał brązowy płaszcz.
Pojedynczy zawodnicy, trenerzy... mało? Proszę bardzo: znane są nam także przesądy całych drużyn. Wszyscy chyba pamiętają słynny pocałunek składany przez Laurenta Blanca na głowie Bartheza podczas zwycięskich dla „Les Bleus” mistrzostw świata roku 1998. Francuzi w drodze na stadion siedzieli w autobusie zawsze w tym samym, ustalonym porządku, a przed wyjściem na boisko słuchali przeboju „I will survive”.
Chociaż głęboko zastanawiam się nad skutecznością tych wszystkich rytuałów, poprzestanę na ich wymienieniu. Nie chciałabym przypadkiem skompromitować którejś z gwiazd futbolu. Jeśli jednak mam do wyboru obejrzenie dobrej komedii albo znanego piłkarza nacierającego się trawą przed meczem – zdecydowanie wybieram to drugie.