Wszystko zaczęło się we wrześniu 2008 roku, kiedy to Manchester City został przejęty przez Abu Dhabi United Group for Development and Investment. Inwestor ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich zapowiedział, że zbuduje przy Rowsley Street największy klub świata, sprowadzając do drużyny najlepszych piłkarzy globu. Większość piłkarskich kibiców w Europie popadło w popłoch, co bardziej skrajni w opiniach wieścili nawet koniec futbolu. Al Fahim przedstawiał w licznych wywiadach zespół swoich marzeń, wymieniając jednym tchem takich piłkarzy jak Cristiano Ronaldo, Lionel Messi, Kaka, Cesc Fabregas czy Fernando Torres. Arabski biznesmen wycenił każdego z graczy w granicach od czterdziestu do stu czterdziestu milionów euro i zapowiedział, że zakupi ich wszystkich. Szczęśliwi fani The Citizens nie nadążali za pomysłami Al Fahima, który zachowywał się jak rozkapryszone dziecko, dzień po dniu ogłaszając swoje kolejne zachcianki.
Początek był całkiem niezły, bo na Eastlands trafił za 32,5 miliona funtów Robinho, podkupiony w ostatniej chwili Felipe Scolariemu. Brazylijczyk, niezadowolony ze swojej pozycji w Realu Madryt, odmówił rodakowi przejścia do Chelsea, w zamian za gigantyczną pensję 160 tysięcy funtów, którą co tydzień wypłaca mu arabski inwestor. To miała być broń, którą Al Fahim chciał pokonać innych wielkich pracodawców. Na tak lukratywne pensje nie stać dzisiaj nawet Królewskich z Madrytu. Za pomocą nieograniczonych wręcz zasobów finansowych, Manchester City stał się w jeden dzień najbogatszym klubem świata.
Po transferze Robinho, Al Fahim ogłosił się nowym Abramowiczem, a jego koncepcji budowy drużyny nie był w stanie przesłonić nawet nieudany transfer Demitara Berbatova. Bułgar odrzucił możliwość gigantycznych zarobków i wybrał ofertę utytułowanego Manchesteru United, lokalnego rywala The Citizens. Ten fakt powinien dać szejkom dużo do myślenia. Gdyby wykorzystali doświadczenie Abramowicza na wyspach, wiedzieliby, że wielkiego zespołu nie można stworzyć w rok, a pieniądze powinny być, co najwyżej środkiem do realizacji sensownej wizji budowy mocnej drużyny.
Wydaje się jednak, że Al Fahim nie ma na tyle oleju w głowie. Co gorsza, traktuje klub jako swoją zabawkę i nie zawsze zachcianki transferowe konsultuje z trenerem Markiem Hughesem. Oczywiście ma do tego święte prawo, ale tą drogą szejk z Emiratów nie zapewni drużynie sportowych sukcesów.
Dowodem były wyniki Manchesteru City w lidze. Biorąc pod uwagę formę czołówki, zespół Hughesa nie ma absolutnie żadnych szans na mistrzostwo. Ich obecna jedenasta pozycja w tabeli i tak jest sukcesem, zważywszy, że dość długi okres The Citizens byli w grupie drużyn bezpośrednio zagrożonych spadkiem. Dodatkowo polityka transferowa, przez cztery miesiące pobytu szejków w Manchesterze, nie uległa żadnym zmianom. Dziesięć porażek w Premiership, trzydzieści straconych goli i obecność aż czternastu napastników w składzie, nie zmniejsza zapędów Al Fahima do zakupu kolejnych ofensywnych piłkarzy. Niemający zbyt wielkiego pojęcia o futbolu Arab, postanowił, że w styczniu powali cały piłkarski świat na kolana.
Bomba wybuchła dwa tygodnie temu, kiedy to do Milanu wpłynęła oferta 130 milionów euro za Kakę. Gdyby Brazylijczyk zdecydował się grać w błękitnej koszulce The Citizens, Al Fahim wypłacałby mu 500 tysięcy funtów tygodniowo! W ciągu jednego dnia mógł paść transferowy rekord wszechczasów. Żaden inny piłkarz nie kosztował wcześniej tak wielkich pieniędzy. Żaden za swoją pracę nie otrzymywał nigdy tak pokaźnej tygodniówki. Świat przewróciłby się dodatkowo do góry nogami, bo pierwszy raz w historii piłkarz z elity zamieniłby klub od dziejów tworzący historię futbolu na przeciętnego średniaka, który ostatnie sukcesy na europejskiej arenie odnotował prawie 40 lat temu. Kaka jednak odmówił, zresztą tak samo jak Villa, Buffon i Henry. Nieudane negocjacje w ich sprawie wyszły jednak na jaw dopiero po fiasku rozmów z brazylijskim gwiazdorem Milanu. Na Eastlands przeszli na razie Wayne Bridge, Craig Bellamy i Nigel De Jong. W porównaniu z buńczucznymi zapowiedziami, powyższe wzmocnienia to dla Al Fahima duży zawód.
Zdesperowany właściciel Manchesteru nie odpuszcza i na siłę przed zamknięciem transferowego okna chce sprowadzić jakąś gwiazdę. Wybór padł na Robbiego Keana, który jest przecież największym niewypałem letniej sesji zakupowej. Benitez, który sprowadził Irlandczyka na Anfield za 20 milionów funtów, nie ma do niego zaufania i sadza napastnika głównie na ławce rezerwowych. Można powiedzieć sztuka dla sztuki. Coś Al Fahim musi kupić i basta.
Jak na razie pieniądze inwestorów ze Zjednoczonych Emiratów Arabskich nie przewróciły futbolowego świata do góry nogami. Wątpię jednak, że transferowe porażki nauczyły czegoś Al Fahima i świtę. Zamiast opracować długoletni plan budowy mocnego zespołu od podstaw, zapewne latem znów zaoferują gigantyczne pieniądze, tym razem za Messiego lub Cristiano Ronaldo. Ich poczynania byłyby niegroźne, gdyby nie to, że UEFA i ACE już dyskutują o zapobieganiu takim sytuacjom. Władze europejskiej piłki chcą sprawić, aby suma przeznaczana na zakup nowych piłkarzy nie miałaby przewyższać 51 procent od rocznych dochodów klubu ze sprzedaży biletów, praw telewizyjnych i wypłat sponsorskich. Taki przepis oznaczałby duże ograniczenia dla następnych Al Fahimów, chcących bez absolutnie żadnej znajomości futbolu pobawić się w Football Managera w wersji live. Każdy kij ma dwa końce, bo przecież tym biedniejszym trudniej będzie doścignąć możnych piłkarskiego świata. Widać więc, że zabawy arabskich szejków przynoszą jednak negatywne skutki. Pytanie, czym kierują się władze UEFA? Chęcią zwalczenia anarchii czy zabezpieczenia interesów czołowych klubów Europy? I jak zapobiegać takim sytuacjom? Przecież jeśli Al Fahim nie kupi Kaki za 130 milionów to wyda piętnaście na Bellamy’ego. To też jest chore.