Głupota ciągle w modzie
Jak walczyć z chuliganami?
Ostatnie tragiczne wydarzenia w Krakowie nie były jedynymi tego typu na świecie. W stawianej za wzór walki z chuligaństwem Anglii kibice Fulham i Chelsea bili się na murawie Craven Cottage po meczu swoich drużyn, a za Atlantykiem, w Urugwaju, zawieszono nawet rozgrywki ligowe, po tym jak w wyniku starć kibiców zginął 35-letni mężczyzna, a ranny został jego 12-letni syn.
"Nie ma sensu grać w piłkę, jeżeli dzieją się takie rzeczy" - tłumaczył zawieszenie rozgrywek prezes tamtejszej federacji Eugenio Figueredo. Nie trudno dziwić się przedstawicielom centrali z Montevideo. Choć w krajach Ameryki Łacińskiej futbol był od zawsze traktowany jak religia i częstokroć dochodziło do incydentów na stadionach, to tym razem miarka się przebrała. Pan Figueredo liczy, że zamieszki podczas meczu Penerolu z Cherro były ostatnimi. A rozgrywki w trzyipółmilionowym kraju nadal nie zostały wznowione.
O podobne rozwiązanie apelowało także wiele autorytetów w naszym kraju. Najgłośniej swoje racje przedstawił Zbigniew Boniek, który sam w 1985 roku był świadkiem tragedii na Haysel w Brukseli, w której śmierć poniosło 39 kibiców. "Czas na drastyczne decyzje. W Urugwaju mieli odwagę przerwać ligę, u nas trzeba zrobić tak samo. Za rozróby na polskich stadionach piłkarskich odpowiada grupa kilkuset chuliganów. Oni nie interesują się meczami, a jedynie rozróbami." - powiedział Zibi. Pytanie, czy Polacy gotowi są na tak diametralne kroki, aby wyeliminować ze stadionów bandytów? I czy jest to w ogóle możliwe? Artur Boruc od kilku miesięcy smakuje wyspiarskiego życia i także ma już swoje przemyślenia: "Kary za najmniejsze wykroczenia są tak surowe, że skutecznie odstraszają. Groźni z wyglądu fani są potulni jak baranki. Na widok nieodpowiedniego nawet gestu wobec kibica innej drużyny policja reaguje natychmiast. Wystarczy ich spojrzenie, by usłyszeli słowo przepraszam. Nie twierdzę, że jest idealnie, bo zdarzają się czasami ekscesy, ale nie w takiej skali jak w Polsce" - twierdzi obecny bramkarz Celticu Glasgow. Ale czy aby na pewno jest aż tak idealnie? W ubiegłą sobotę w meczu ligowym Fulham spotkało się z Chelsea w derbach zachodniego Londynu. Przez cały mecz kibice obu drużyn się nawzajem prowokowali, a po ostatnim gwizdku pana Mike'a Deana kilkudziesięciu z nich wybiegło na murawę i rozegrała się bitwa na pięści. Dopiero po kilku minutach stewardom i policji udało zapanować się nad całą sytuacją. Jeżeli więc w stawianym za przykład angielskim systemie walki z chuligaństwem nadal dochodzi do takich incydentów, po ponad 15 latach od wdrożenia go w życie, to jakie szanse ma Ekstraklasa SA, PZPN i polski rząd w walce ze stadionowymi bandytami na krajowym podwórku?
To smutne, że żyjemy w społeczeństwie pełnym przemocy, ale trzeba się zastanowić, z czego dokładnie wynika potrzeba zaangażowania się w chuligańskie wybryki przez niektórych fanów piłkarskich? Przecież kiedyś i oni byli zwykłymi kibicami, którzy skupiali się na grze ulubieńców. Pierwszy powód prezentują Dougie i Eddie Brimsonowie w "Everywhere we go", jednej ze swoich kilkunastu książkach o angielskich kibicach. "Często powtarzane słowa, że >>dorastałem na tych ulicach<< mówią bardzo wiele, ponieważ młodzi mężczyźni w pewnym momencie zaczynają rozumieć, że chodzenie na mecze jest prawdopodobnie ich pierwszym razem, kiedy opuszczają swoje rodzime okolice. A podstawowym instynktem wszystkich młodych mężczyzn jest udowodnienie swojej odwagi, nie tylko dla innych, lecz dla samych siebie, a często futbol daje jedyną dobrą ku temu okazję" - piszą Brimsonowie.
Kolejnym, który zabrał głos w sprawie źródeł bandyckich ekscesów na stadionach, jest Bill Buford, autor wielu książek, m.in. niżej cytowanej "Wśród bandytów". Pisze on, że "przemoc jest jednym z najbardziej głębokich życiowych doświadczeń oraz, ze względu na dawanie szans przezwyciężania swoich słabości, jedną z najintensywniejszych przyjemności. Pierwszy raz jestem w stanie zrozumieć słowa, które kibice używają do opisania tych emocji. Przemoc tłumu była ich narkotykiem. A czym było to dla mnie? Doświadczeniem absolutnej pełni szczęścia". Trudno się dziwić tym słowom, skoro ich autor w przeszłości był chuliganem, który po zakończeniu swojej "kariery" postanowił zarobić parę funtów na podzieleniu się z czytelnikami swoimi przemyśleniami, co w ostatnich dziesięciu latach jest bardzo popularne na angielskim rynku książkowym.
W książce "Steaming In" z 1989 roku Chris Ward widzi następujący powód chuligaństwa: "Większość osób jest skazana na uchylanie się od trudności i pragnienie bycia sławnym. Tak zwana ulica dawała każdemu jej uczestnikowi szansę bycia kimś, bowiem (jak powiadał Andy Warhole) każdy ma prawo choćby przez chwilę być sławny." Trudno polemizować z tą teorią, nie raz słyszano już wypowiedzi, że to media działają na chuliganów jak woda na młyn - zamiast rzetelnie relacjonować spotkania, skupiać się na ich sportowych aspektach, więcej miejsca poświęca się bandytyzmowi na stadionach. Odstrasza to normalnych ludzi od chodzenia na mecze, a zadymiarzy zachęca do dalszych wybryków, dzięki którym są niemal pewni, że napiszą o nich w najbliższych wydaniach gazet.
Trudno szukać właściwych środków w walce z chuligaństwem na stadionach. Nie ma jednej, utartej drogi, podążając którą jesteśmy w stanie zapobiec kolejnym takim zjawiskom. Surowe kary, także finansowe, w najlepszym wypadku ograniczą takie ekscesy na trybunach, ale prawdopodobnie nie zlikwidują ich wcale. Ważne jest postępowania profilaktyczne, specjalne zajęcia w szkołach już od pierwszych lat edukacji oraz rozwiązanie problemu biednych dzielnic czy ulic, na których szerzą się patologie. Jednakże jest to sprawa znacznie głębsza, niż tylko federacji piłkarskich, rządu czy jego poszczególnych ministerstw, a wymaga narodowej debaty i, co najważniejsze, podjęcia zdecydowanych kroków. Bowiem niektóre deklaracje są piękne, ale co z tego, skoro nie idą za nimi żadne czyny.